THE WARSAW INSTITUTE REVIEW

Data: 26 października 2019    Autor: Maria Kądzielska

Relacje amerykańsko-chińskie w kontekście wojny handlowej

Jakie są źródła obecnego napięcia między Waszyngtonem a Pekinem? Dlaczego przez lata doradcy amerykańskich prezydentów optowali za zacieśnianiem relacji z Chinami? Co oznacza powrót do koncepcji tianxia?

Prezydent USA Donald Trump podaje rękę prezydentowi Chin Xi Jinpingowi podczas spotkania podczas szczytu G-20 w Osace w Japonii, 29 czerwca 2019 r. Źródło: Associated Press/East News

Wzrost gospodarczy Chińskiej Republiki Ludowej jest z pewnością najważniejszym wydarzeniem geopolitycznym XXI wieku. Coraz więcej naukowców, ekspertów i publicystów zdało sobie sprawę z obecności smoka, którego wcześniej Zachód traktował jak jaszczurkę. Zjawisko ogromnego postępu Chin kompleksowo zbadał Graham Allison w książce „Skazani na wojnę? Czy Ameryka i Chiny unikną pułapki Tukidydesa?”, będącą analizą zależności geopolitycznych między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. To on otwarcie spytał, czy konflikt między tymi państwami jest nieunikniony, bo według wszelkich analiz wydaje się niemal konieczny. Amerykański badacz sformułował koncepcję pułapki Tukidydesa, opisując za jej pomocą dynamikę rywalizacji o władzę między starym hegemonem a młodym pretendentem do dominacji. Opisuje to na przykładzie wojny peloponeskiej i rywalizacji Aten ze Spartą. Jednak ta sama zależność występuje nie tylko w relacjach na szczeblu państwowym, ale również innych środowisk m.in.: rodziny, czy firmy. Allison pisze: „kluczową kwestią, jeśli chodzi o współczesny globalny porządek, jest to czy Chiny i Stany Zjednoczone są w stanie uniknąć pułapki Tukidydesa. Większość przypadków rywalizacji, które wpisywały się w ten schemat, nie skończyło się dobrze. W ciągu ostatnich pięciu stuleci zaobserwowano na świecie 16 sytuacji, gdy wzrost nowej potęgi światowej zaczął zagrażać dotychczasowemu hegemonowi. Efektem aż 12 z nich był wybuch wojny”[1]. Celem książki Allisona nie jest jednak zaostrzenie istniejącej sytuacji, a wytyczenie kursu pozwalającego uniknąć konfliktu zbrojnego.

Podobną drogą rozumowania, a tym samym wywierania wpływu na opinie publiczną idzie większość ekspertów specjalizujących się w relacjach międzynarodowych z Chinami. Wszyscy oni zdają sobie sprawę, że konflikt militarny między Stanami Zjednoczonymi i Chinami stałby się absolutnie destrukcyjny dla całego świata. Na szczególną uwagę zasługuje Kevin Rudd, który będąc premierem Australii rozwinął relacje bilateralne obu państw. To jeden z zachodnich polityków, który cechuje się najlepszym zrozumieniem Państwa Środka. Co więcej, w rozwoju amerykańsko-chińskiej dyplomacji znacząco pomogła mu znajomość angielskiego i mandaryńskiego. W swoim słynnym wykładzie dla TED’a fenomenalnie wytłumaczył chińską mentalność: „The Chinese to this day believe that the United States and the West do not accept the legitimacy of their political system because it’s so radically different from those of us who come from liberal democracies. And believe that United States to this day is seeking to undermine their political system. China also believes that is being contained by U.S. allies and by those with strategic partnership with the U.S. right around it’s periphery. And beyond that the Chinese have this feeling in their heart of hearts and it their gut of guts that those of us in the collective West are just too damned arrogant”[2]. Oznacza to, że w relacjach międzynarodowych Chińczycy nie chcą być pouczani, traktowani z góry, czy edukowani w zasadach funkcjonowania liberalnej demokracji. Cechuje ich niezgoda na dyktat Zachodu, a przede wszystkim USA. Wyraża się ona w powiedzeniu: „To, co chińskie jest istotą, a to, co zachodnie jest tylko uzupełnieniem”. Chińczycy przez ostatnie pięć tysięcy lat rządzili się sami i nie czują, aby potrzebowali starszego brata, który będzie trzymał ich za rękę. Warunkiem wszelkich relacji międzynarodowych z Państwem Środka jest akceptacja ich polityki wewnętrznej. Chińczycy nie chcą ingerować w sprawy wewnętrzne swoich partnerów, ale tym samym oczekują analogicznej postawy wobec nich.

Skoro książka Grahama Allisona stanowi punkt wyjścia dla wszelkich dalszych rozważań na temat relacji między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, należy zadać pytanie, kto zbudził amerykańskiego badacza z geopolitycznej drzemki? Impulsem do rozważań na temat Chin stał się wywiad Allisona z pierwszym premierem i ojcem-założycielem Singapuru Lee Kuan Yew. Ten krótki, ale niezwykle doniosły tekst został opublikowany pod tytułem „Chiny, Stany Zjednoczone i świat w oczach Wielkiego Mistrza Lee Kuan Yew” i jest dostępny również w polskim tłumaczeniu, choć w Polsce postać Yew pozostaje niemal całkowicie nieznana. Wstęp do tej publikacji autorstwa Henry’ego Kissingera zaczyna się słowami: „W minionym półwieczu miałem zaszczyt spotkać wielu światowych przywódców; od żadnego jednak nie nauczyłem się tyle, co od Lee Kuan Yewa, pierwszego premiera, a potem duchowego przywódcy Singapuru[3]”. Yew, będąc etnicznie Chińczykiem, wykształconym w tradycji anglosaskiej na uniwersytecie Cambridge, posiadał niedoścignione zrozumienie obydwu cywilizacji: chińskiej i amerykańskiej. Nie bez powodu był doradcą wszystkich prezydentów Stanów Zjednoczonych, od Richarda Nixona po Baracka Obamę, jak również wielu przywódców Chin. Łączyła go także przyjaźń z Deng Xiaopingiem.

Lee Kuan Yew tak oceniał stosunki amerykańsko-chińskie: „To nie jest zimna wojna. Związek Radziecki rywalizował z USA o globalną supremację. Chiny działają wyłącznie jako Chiny, we własnym interesie narodowym. Nie są zainteresowane zmienianiem świata”. Zdaniem Mędrca ze Wschodu stosunki między dwoma państwami będzie charakteryzowała walka o wpływy, ale przytłumiona ze strony Chin, które potrzebują amerykańskiego rynku, technologii oraz dostępu do edukacji w USA dla własnego rozwoju. Zauważa również, że między państwami nie ma konfliktu ideologicznego, gdyż Chiny entuzjastycznie przyjęły wolny rynek i w pełni korzystają z globalizacji. Czynnikiem stabilizującym wzajemne relacje jest uzależnienie handlowe i ogromna potrzeba współpracy. Dowód tej wzajemnej zależności widzieliśmy ostatnio podczas szczytu G20 w Osace, kiedy Donald Trump zadeklarował koniec wojny handlowej i zdjęcie blokady nałożonej na współpracę z Huawei. Larry Kudlow, doradca ekonomiczny Białego Domu szybko ostudził entuzjazm opinii publicznej, komentując na antenie Fox News, że Huawei nie będzie objęte amnestią i nie zakończy się bojkot produktów chińskiego potentata, a zgoda na sprzedaż amerykańskich produktów jest tylko tymczasowa. Jednak deklaracja prezydenta USA pozostaje w mocy i nie była gestem współczucia dla wszystkich użytkowników sprzętu Huawei, by nie pozbawiać ich dostępu do narzędzi Google’a. Stanowi to efekt zimnej kalkulacji zysków i strat amerykańskich firm, dla których utrata chińskiego klienta równałaby się z gigantycznym spadkiem dochodów. Amerykańska i chińska gospodarka są ze sobą niezwykle ściśle złączone.

NEWSLETTER

Zapisz się

Chiameryka

Obecna sytuacja jest dalekim pokłosiem zmiany w stosunkach amerykańsko-chińskich, jaka nastąpiła w latach 70-tych za prezydentury Richarda Nixona. Jej architektem był Henry Kissinger, który doprowadził do gospodarczego i częściowo politycznego otwarcia się Stanów Zjednoczonych na Chiny. Chodziło wtedy zarówno o wygranie chińskiej karty przeciwko Związkowi Radzieckiemu, jak również o wzmocnienie gospodarczych interesów USA. Rezultatem wielu dziesiątków lat pogłębiania ekonomicznych więzi między oboma krajami jest obecnie gospodarczy twór nazywany przez niektórych ekonomistów „Chimeryką”. Po przejściowej izolacji Chin, jaka nastąpiła po masakrze na placu Tiananmen, administracja Billa Clintona postanowiła oddzielić kwestie praw człowieka od relacji handlowych. Do końca tej prezydentury utrzymywano klauzulę najwyższego uprzywilejowania w handlu w stosunku do Pekinu. Po roku 1992 do Chin spłynęło 282,6 mld dolarów obcych inwestycji. Wtedy Chiny bezprecedensowo otwarły się na świat i włączyły do procesu globalizacji. W efekcie w okresie 1978-2012 przeciętny roczny wzrost w Państwie Środka wyniósł 9,8 proc. Amerykańskie firmy skrzętnie wykorzystały przemianę chińskiej gospodarki. To właśnie w latach 90-tych dla obniżenia kosztów produkcji Amerykanie przenieśli większość fabryk do Chin. Po dziś dzień produkcję w Chinach utrzymują niemal wszystkie największe marki: od Adidasa, AT&T, Apple Computer, Avon, Coca Cola Foods, FedEx, General Motors, Gentek, Gerber Foods, Gillette Company, Johnson & Johnson, Starbucks Corporation, Whirlpool Corporation, czy Ralph Loren. Lista jest niekończąca. Podobnie postąpiło wiele europejskich korporacji. Oznacza to, że za cenę niższych kosztów produkcji wywieziono technologie, narzędzia, know-how do Chin. Tam wykwalifikowano pracowników i tam zatrudniono ludzi. Przeniesienie fabryk wiąże się nie tylko z przeniesieniem umiejętności wytwarzania danego produktu, ale również z rozwojem tych umiejętności. To pracownicy w Chinach zyskali nowe zdolności i dalej je udoskonalają. Nie jest tajemnicą, że Chińczycy stosują metodę kopiowania i powielania: rozwiązań technologicznych, produktów, nowych technologii, czy nawet programów i współcześnie aplikacji. To zachodnie firmy przekazały Chińczykom umiejętności i wiedzę, którą oni następnie zaczęli kopiować i ulepszać. Kradzież stała się jednym ze sposób zdobywania nowych informacji i nie jest to nawet ukrywane. W 2014 roku dyrektor FBI, James Comey przyznał: „Skala kradzieży własności intelektualnej jest wprost zdumiewająca. Obecnie w USA są jedynie dwa rodzaje korporacji – te do których włamali się chińscy hakerzy, oraz te które nie zdają sobie sprawy, że padły ofiarą ataku”[4] – podsumował. Również wyniki śledztwa amerykańskiego programu sieci CBS nie pozostawiają żadnych złudzeń. Chińskie szpiegostwo technologiczne kosztowało amerykańskie firmy setki miliardów dolarów. Tym samym Zachód sam wytworzył sobie wielkiego konkurenta.

Dopiero dziś Amerykanie zaczynają zdawać sobie sprawę, że ulegli pokusie zdobycia wielkiego chińskiego rynku. Każda administracja USA od lat 70-tych była przekonana, że chiński rozwój ekonomiczny jest tożsamy ze wzrostem amerykańskiego PKB. Rzeczywiście, jeśli chodzi o liczby wszystko się zgadzało. Dwustronne obroty handlowe w 1986 roku wynosiły 8 mld dolarów i w ciągu 30 lat wzrosły do 578 mld. Jednak działania Stanów Zjednoczonych okazały się bardzo krótkowzroczne i nastawione na doraźny zysk. Chiny stały się tanim eksporterem, fabryką świata i niezwykle chłonnym rynkiem, co stanowiło raj dla wielkich korporacji. Nikt jednak nie przewidział, że chińscy producenci zdobytą wiedzę i umiejętności przekują na stworzenie własnych firm i własnych rozwiązań, czyniąc jednocześnie Zachód całkowicie od siebie zależnym. Jak ocenia amerykański politolog Thomas Christensen, autor książki „The China Challenge: Shaping the Choices of Rising Power”: „Od początku chińskich reform w 1978 roku żaden aktor globalny nie zrobił więcej dla wzrostu Chin, niż Stany Zjednoczone”[5]. Zaczęli to rozumieć również amerykańscy ekonomiści. Szczególnie istotna jest ocena Petera Navarro, jednego z głównych doradców prezydenta Donalda Trumpa, wyrażona w książce „Death by China. Confronting the dragon – A Global Call to Action” („Śmierć z rąk Chin. Powstrzymać smoka – światowe wezwanie do działania”) Wpływ tej publikacji obserwujemy w kolejnych etapach trwającej obecnie wojny handlowej. „Not coincidentally, as China has systematically hollowed out American manufacturing base, its economy has grown at the astonishing rate of 10% annually. In contrast over the past decade, the U.S. economy has expanded at a rate of only 2,4%. Note that this paltry 2,4% growth rate during the 2000s if fully 25% below American’s historical growth rate of 3,2% between 1946 and 1999. (…) That 0,8% differences equates to a failure to create almost  million jobs a year and, cumulatively, over 10 million jobs over the last decade”[6].

Przywódcy G20 biorą udział w sesji 3 na szczycie G20 w Osace, 29 czerwca 2019 r. Źródło: @AP/East News

Wśród amerykańskiej administracji, a w szczególności ekspertów i doradców do spraw relacji z Chinami takich jak Henry Kissinger, Henry Paulson, czy Michel Pillsbury panowało przekonanie, że wraz z liberalizacją gospodarczą i otwarciem się na rynki światowe w Chinach nastąpi również liberalizacja polityczna. To był największy błąd w ocenie cywilizacji chińskiej – przyznaje każdy z wymienionych specjalistów. Poparcie dla władzy rządzącej w Państwie Środka wynosi 80 proc., zatem jest wyższe niż w jakimkolwiek państwie zachodnim. Chińczycy w swojej masie ufają przywódcom i kieruje nimi wspólny cel, jakim jest rozwój kraju i bogacenie społeczeństwa. Nie czują, aby zachodnie rozwiązania polityczne były w jakikolwiek sposób lepsze, czy bardziej odpowiednie dla Chin. Dobrze rozumiał to już wcześniej wspomniany Lee Kuan Yew: „Chiny nie zamierzają się stać liberalną demokracją. Gdyby się nią stały to upadną. Mam co do tego całkowitą pewność, a rozumie to również chińska inteligencja. Jeśli ktoś wierzy, że w Chinach może dojść do jakiejś rewolucji na rzecz demokracji, to jest w błędzie. Gdzie są teraz studenci z placu Tiananmen? Nie liczą się. Naród chiński chce odrodzonych Chin”[7].

Centrum świata

Tradycyjnie w Chinach funkcjonuje pięć kierunków: północ, południe, wschód, zachód i… środek. Owy środek to właśnie Chiny, czyli„wszystko co pod sklepieniem Niebios”. We współczesnych Chinach coraz wyraźniej odżywają tradycje konfucjańskie. Wielu myślicieli wraca do tradycyjnego systemu i koncepcji tianxia – starożytnego przekonania, zaszczepionego w chińskiej mentalności, że kraj stanowi centrum świata, a wszystkie ziemie obce są barbarzyńskie i nieokrzesane. To Chiny są jedyną, prawdziwą cywilizacją, a ich kulturowa wyższość jest niepodważalna. Żadne państwo nie jest równe Chinom. W takie tony coraz częściej uderzają chińscy intelektualiści, przykładowo filozof Zhao Dingyang z Chińskiej Akademii Nauk Społecznych. Przez setki lat Państwo Środka funkcjonowało właśnie w systemie tianxia. Układ ten zakładał sztywne centrum, jakie stanowiły Chiny oraz istnienie podporządkowanych elementów usytuowanych wokół Chin, które płaciły trybut za opiekę i dobre relacje. Państwo Środka posiadało wyższość kulturową nad sąsiednimi państwami, lecz nie podbijało tych krajów, a koncentrowało się na miękkim oddziaływaniu w postaci wartości, moralności i porządku. Dobrze tłumaczy to dr Jacek Bartosiak w pracy „Pacyfik i Eurazja. O wojnie”: „Nie istniał zatem znany Zachodowi od wojny trzydziestoletniej w XVII wieku system westfalski, zakładający suwerenność państw narodowych funkcjonujących w układach sił, stabilizujących się wzajemnie oraz poszukujących sojuszy w celu zrównoważenia układu”[8]. Pozycję dominującą w regionie Chiny utraciły dopiero w XIX wieku, ostatecznie po pierwszej wojnie opiumowej w latach 1839‒1842. W całej historii Chin to okres niezwykle krótki.

Wesprzyj nas

Jeżeli przygotowane przez zespół Warsaw Institute treści są dla Państwa przydatne, prosimy o wsparcie naszej działalności. Darowizny od osób prywatnych są niezbędne dla kontynuacji naszej misji.

Wspieram

To właśnie z systemu tianxia bierze się chińskie przekonanie o posiadaniu prawa do dyktowania swej woli sąsiadom. Analizując obecne relacje Stanów Zjednoczonych z Chinami, wskazuje się na dwa miejsca zapalne. Są nimi sytuacja na Półwyspie Koreańskim wraz z nieprzewidywalną polityką Kim Dzong Una (Chiny z wielu strategicznych powodów nie chcą zjednoczenia Korei) oraz otwarte spory na Morzu Południowochińskim. Jedną z naczelnych obowiązujących zasad aktualnego ładu, sankcjonowanego przez Stany Zjednoczone jest wolność żeglugi, w szczególności na najbardziej uczęszczanych szlakach komunikacyjnych świata: na Morzu Południowochińskim i na Morzu Wschodniochińskim, strzeżonej przez amerykańską marynarkę wojenną. Chiny próbują jednak wypychać statki US Navy z tych wód. Jak tłumaczy Bartosiak w odpowiedzi na podobne działania Amerykanie starają się opracować i wdrażać koncepcję wojny powietrzno-morskiej, która ma za zadanie przywrócić amerykańską kontrolę szlaków komunikacyjnych prowadzących do sojuszników w regionie oraz zapewnić wolność żeglugi (zwaną także wolnością nawigacyjną). Pekin jednak nader często wysuwa argument uzyskania na Morzu Południowochińskim dwustumilowej wyłącznej strefy ekonomicznej (EEZ). Wynikałaby ona z potrzeby rozwoju potęgi morskiej Chin i konieczności dokonywania inwestycji na świecie w celu ochrony swoich interesów ekonomicznych i strategicznych, co w praktyce uniemożliwiłoby US Navy pływanie w terenie EEZ. Najbardziej znanym opinii publicznej efektem tego sporu jest budowanie przez Chiny sztucznych wysp oraz rozbudowa na nich infrastruktury lotniskowej oraz portowej, która zwiększa możliwość projekcji sił w regionie.

Amerykanie w celu zatrzymania ekspansji Chin w regionie Morza Południowochińskiego starają się wzmocnić sojusze z Wietnamem, Malezją i Filipinami. Jednakże jedynym państwem, które oficjalnie zawarło sojusz z USA są Filipiny. Trwa on od 1961 roku i został potwierdzony 12 stycznia 2016 roku przez Sąd Najwyższy w Manili. Pakt zezwala Amerykanom na dostęp do infrastruktury na wyspach. Przy czym strategia USA zakłada wzmocnienie sojuszniczych zdolności powietrznych. Areną narastającej rywalizacji strategicznej amerykańsko-chińskiej stało się również Morze Wschodniochińskie, gdzie istotną rolę odgrywa Japonia jako sojusznik USA. „Chiny i Japonia, a także USA traktują akwen jako miejsce potencjalnej konfrontacji morsko-powietrznej, czego przejawem są manewry, ćwiczenia i demonstracje siły tak częste po 2012 roku. Na dowód tego gabinet w Tokio zaakceptował 25 grudnia 2015 roku istotne podwyższenie budżetu na obronę w 2016 roku”[9].

Wodno-desantowy statek szturmowy USS Wasp (LHD 1) przepływa przez wody Morza Południowochińskiego. Wasp, okręt flagowy Wasp Amphibious Ready Group, działa w regionie Indo-Pacyfiku, aby zwiększyć interoperacyjność z partnerami i służyć jako śmiertelna, gotowa siła reagowania na każdy rodzaj sytuacji awaryjnej. Morze Południowochińskie 29 marca 2019 r. Źródło: @FLICKR/Naval Surface Warriors

Sytuacja na Morzu Południowochińskim ma swoje bezpośrednie źródło w ambicjach geostrategicznych Państwa Środka. Xi Jingping zdaje sobie sprawę, że plan stworzenia morskiego Jedwabnego Szlaku jest całkowicie zależny od posiadania kontroli nad tym akwenem. Chińczycy nie szukają konfliktu zbrojnego jako takiego, bowiem ich strategia od zarania dziejów polegała na unikaniu wojny, jednak kontrola nad szlakami morskimi jest warunkiem rozwoju handlu, a on pozostaje dla Chin najwyższym priorytetem. Jak ocenia Allison: „Jeśli wydarzenia na Morzu Południowochińskim będą zmierzały ogólnie w kierunku pożądanym przez Chiny, to użycie sił zbrojnych wydaje się być niemożliwe. Jeśli jednak układ sił będzie dla nich niekorzystny, a szczególnie w przypadku jakiejś wewnętrznej niestabilności, to Chiny mogą zainicjować konflikt zbrojny o ograniczonym charakterze”[10].

Próżno zgadywać, co się wydarzy. Sytuacja jest bardzo dynamiczna. Kluczowe pozostaje zrozumienie skali i doniosłości skoku, jakiego dokonały Chiny od czasów Mao po rządy Xi Jinpinga, oraz świadomość chińskiego, globalnego oddziaływania politycznego, ekonomicznego, kulturalnego i militarnego. Wskazuje na to fakt połączenia populacji o wielkości 1 350 milionów osób w samych Chinach z ogromnie wysokim tempem rozwoju gospodarczego, co doprowadziło do stworzenia supermocarstwa w przeciągu mniej niż 30 lat. Rozumie to każdy, kto odwiedził choć jedno chińskie miasto. Ilość mieszkańców oraz skala rozwoju jednocześnie fascynuje i przytłacza. Ambitny plan Xi Jinpinga ogłoszony w październiku 2017 roku podczas obrad XIX Zjazdu KPCh mówi o uformowaniu „społeczeństwa umiarkowanego dobrobytu” do 2021 roku, zakłada natomiast stworzenie nowoczesnego i innowacyjnego państwa do 2035 roku. Plan Xi jednak jest dokładnie zakreślony i wybiega dalej w przyszłość, bo Chińczycy w przeciwieństwie do Europejczyków tworzą plany na pokolenia. Do 2049 Chiny mają już być nowoczesnym mocarstwem, posiadającym nie tylko mocną gospodarkę, ale również usługi, przemysł i technologię. Xi mówił także o oddziaływaniu chińskiej kultury na resztę świata. Jakie będzie to oddziaływanie? Czy świat może funkcjonować w systemie dwubiegunowym, amerykańsko-chińskim? Trudno to jednoznacznie określić. Z pewnością jednak Chiny są nową, ambitną i wyzbytą zachodniego marazmu siłą, która chce walczyć o swoje miejsce na świecie. Zmiany zatem są nieuniknione i będą postępowały na naszych oczach. Właśnie tworzy się nowy globalny porządek.

 


[1] Graham Allison, Skazani na wojnę? Czy Ameryka i Chiny unikną pułapki Tukidydesa?, tłum. R. Mościcka, M. Wacław, M. Żbikowska, Wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2018, s. 18.

[2] https://www.youtube.com/watch?v=8XQ1onjXJK0

[3] Graham Allison, Robert D. Blackwill i Ali Wyne, Chiny, Stany Zjednoczone i świat w oczach Wielkiego Mistrza Lee Kuan Yewa, tłum. Halina Bańczak, Warszawa 2014, s. 13.

[4] Cyt. za:  G. Allison, Skazani na wojnę? Czy Ameryka i Chiny unikną pułapki Tukidydesa?, tłum. R. Mościcka, M. Wacław, M. Żbikowska, Wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2018, s. 40.

[5] Thomas Christensen, The China Challenge. Shaping the Choices of Rising Power, W.W.Norton&Co, New York-London 2015, Prologue.

[6] Peter Navarro, Death by China. Confronting the dragon – A Global Call to Action, Wyd. Pearson Education, New Jersey, 2100, s.52 i 53.

[7] Graham Allison, Robert D. Blackwill i Ali Wyne, Chiny, Stany Zjednoczone i świat w oczach Wielkiego Mistrza Lee Kuan Yewa, tłum. Halina Bańczak, Warszawa 2014, s. 41.

[8] Jacek Bartosiak: Pacyfik i Eurazja. O wojnie, Wydawnictwo Jacek Bartosiak, Warszawa 2016, s. 308.

[9] Jacek Bartosiak: Pacyfik i Eurazja. O wojnie, Wydawnictwo Jacek Bartosiak, Warszawa 2016, s. 573.

[10] G. Allison, Skazani na wojnę? Czy Ameryka i Chiny unikną pułapki Tukidydesa?, tłum. R. Mościcka, M. Wacław, M. Żbikowska, Wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2018, s. 153.

Wszystkie teksty (oprócz zdjęć) opublikowane przez Warsaw Institute mogą być rozpowszechniane pod warunkiem podania ich pochodzenia.

Powiązane wpisy
Top