THE WARSAW INSTITUTE REVIEW

Data: 25 sierpnia 2018    Autor: Mariusz Klarecki

Grabież dzieł sztuki w okupowanej Warszawie

Po zakończeniu przez Niemców wrześniowego oblężenia Warszawy w 1939 r., życie w mieście uległo zasadniczej zmianie. Duża ilość polskich żołnierzy pozostawała nadal w niewoli, a ich rodziny nie potrafiły samodzielnie się utrzymać.

Niemieccy żołnierze podczas wystawy obrazów w Muzeum Narodowym w Krakowie. © The National Digital Archives

Powracający do Warszawy uczestnicy walk zbrojnych byli ranni i schorowani. Sytuacja materialna mieszkańców miasta, uległa znacznemu pogorszeniu. Wielu Warszawiaków było zmuszonych  przygarnąć krewnych i znajomych, którzy pozostali bez dachu nad głową. Ci, którzy podczas bombardowania miasta stracili mieszkania, wyprzedawali się z pozostałego im mienia, aby móc wynająć lub kupić zastępcze lokum.

W pierwszych miesiącach okupacji rozkwitł handel, przede wszystkim sprzedawano tzw. „dobra wyższe” w postaci biżuterii, a także dzieł sztuki[1]. Obraz handlującej Warszawy opisuje we wspomnieniach Hanna Mortkowicz–Olczakowa, córka jednego z najbardziej znanych wydawców przedwojennej stolicy: „Warszawa wyszła z towarem ze sklepów bez szyb i spalonych domów na ulicę, przejścia między ruinami i kamienicami zaroiły się od sprzedawców… (…) Wszystko zdawało się już ostatnie i cudem uratowane od zagłady. Kupowano więc dużo i właściwie bez wyboru, na zapas albo na dalszy handel. Stoliki z książkami wyskoczyły na bruk, przed okna najgodniejszych i najstarszych księgarń stołecznych. Tak pogardzane w czasie dwudziestolecia wyprzedażowe kosze awansowały do godności wózków, przy których inteligenci pozbawieni posad, dawni urzędnicy państwowi wartowali przedzierzgnięci w bukinistów”[2].

Korzystając z ogólnego zamieszania w początkowym okresie okupacji, domy Warszawiaków coraz częściej nachodzili żołnierze i urzędnicy niemieccy w poszukiwaniu łatwego rabunku. Niejednokrotnie, rabusie dokładnie wiedzieli, czego i gdzie szukać. Grabieży najczęściej dokonywano z zaskoczenia zastraszając przy tym rabowaną rodzinę. Rabunek mienia ułatwiała nieobecność mężczyzn, przetrzymywanych w tym czasie w obozach jenieckich.

Podporucznik Stefan Gierowski, został zmobilizowany na front. W mieszkaniu przy ul. Madalińskiego, pozostała jedynie żona. Podczas nieobecności wojskowego, w październiku 1939 r. „(…) Gestapo skonfiskowało wszystko z mojego mieszkania, z cenniejszych rzeczy, zostawiając tylko meble”. Gierowski posiadał kilka wartościowych zbiorów. Należał do nich stary księgozbiór poloników w ilości 1 000 tomów, zbiór 100 exlibrisów, zabytkowa porcelana. W kolekcji 50 sztuk starej polskiej broni, wymieniono: karabele, pancerze, misiurki, karwasze, broń europejską wschodnią i zachodnią. Wyjątkową wartość stanowiła kolekcja królewskich autografów w ilości 20 sztuk[3].

Szczególnie w pierwszych miesiącach okupacji w plądrowaniu mieszkań uczestniczyła część osób pochodzenia niemieckiego zamieszkująca miasto jeszcze przed wojną. Grabież wartościowych przedmiotów następowała zwykle w asyście żołnierzy Wehrmachtu oraz funkcjonariuszy SS[4]. Inaczej zachowywano się w stosunku do ludności pochodzenia żydowskiego, kradzieży dokonywano jawnie nie tłumacząc się żadnym pretekstem. Włamywano się przy tym do mieszkań zarówno w dzień jak i w nocy. Grabieżcy konfiskowali nawet meble[5].

W końcu września 1939 r. Aleksander Enholc, został okradziony przez żołnierzy niemieckich, którzy włamali się do jego mieszkania przy ul. Słowackiego. Jednym z cenniejszych przedmiotów, który skradziono była Biblia Polska z 1577 r. – Leopolitska o wartości oszacowanej na 10 000 złotych przedwojennych. Z biblioteki poszkodowanego włamywacze zabrali także kilka cennych książek angielskich, określonych przez mężczyznę, jako „białe kruki”[6].

W podobny sposób poniósł stratę Zbigniew Karpiński. Z mieszkania przy ul. Baciarellego został zabrany obraz autorstwa Franciszka Ksawerego Lampiego przedstawiający „Szymona Malewskiego – Rektora Uniwersytetu Wileńskiego”, namalowany w 1810 r. Portret, według relacji właściciela został „wywieziony bez ramy po wrześniu 1939 r.”[7].

Okupanci rabowali nie tylko mieszkania prywatne, ale również bankowe sejfy. Jadwiga Potocka została wysłana do Warszawy przez teściową, hrabinę Małgorzatę Radziwiłł w celu zabrania z depozytu bankowego klejnotów rodowych. Arystokratki nie przypuszczały, że niemieccy oficerowie przetrząsnęli już wszystkie skrytki zabierając pieniądze oraz bardziej wartościowe przedmioty. Biżuterię uratował jednak dyrektor banku, który podczas rewizji sejfu należącego do Radziwiłłów, na widok klejnotów roześmiał się mówiąc „Jaka szkoda, że nie są prawdziwe!”. Niemieccy wojskowi nie poznali się spiesząc przy tym do przetrząśnięcia kolejnych depozytów[8].

W pierwszych miesiącach po wkroczeniu Niemców do Warszawy rozpoczęły się aresztowania i prześladowania osób stanowiących przed wojną elitę polskiego życia politycznego, gospodarczego i kulturalnego. Adam Rose, podsekretarz stanu w Ministerstwie Przemysłu i Administracji, opisał szkodę jaką poniósł w listopadzie 1939 r.: „mieszkanie zostało zajęte i rozgrabione przez Gestapo, liczne meble, obrazy, porcelanę wywieziono, reszta została spalona. W pisemnym sprawozdaniu przesłanym w zimie 1939/40 do Watykanu w sprawie postepowania okupantów opisany został sposób rozgrabienia całego mieszkania jako jaskrawy przykład wandalizmu”. Z mieszkania zabrano obrazy: Leona Wyczółkowskiego, Jana Erazma Kotowskiego, Włodzimierza Tetmajera, Teodora Ziomka, 11 sztychów oraz interesujące przedmioty rzemiosła artystycznego[9].

Doktor medycyny, Helena Tarnowicz–Barlicka wraz z mężem mieszkała przy ul. Litewskiej. Mąż, lekarki, były poseł na sejm RP, Norbert Barlicki został aresztowany i wywieziony do Auschwitz–Birkenau, gdzie został zamordowany we wrześniu 1941 r. Małżeństwo posiadało bogato wyposażone w przedmioty artystyczne siedmioizbowe mieszkanie zawierające m.in. zbiory starego malarstwa holenderskiego, francuskiego i włoskiego. Kobieta, cudem ocalona z rzezi Woli po wojnie wspominała: „po wysiedleniu mnie w ciągu kilku godzin z mieszkania w dniu 9 października 1943 roku, zmuszona byłam powrócić do swojego drugiego małego mieszkania”. Lokum przy ulicy Litewskiej, przylegające do Al. Szucha, prawdopodobnie zostało zajęte na potrzeby mieszkaniowe urzędników niemieckich[10].

Wiele osób mieszkających pod Warszawą, nauczonych doświadczeniem z pierwszej wojny światowej, gdzie główne walki toczyły się na przedpolu a nie wewnątrz miasta, przewiozło cenniejsze rzeczy do miasta. W ten sposób duże ilości dzieł sztuki z podwarszawskich willi, dworków i pałaców trafiło do rodziny lub znajomych mieszkających w stolicy. Przedsiębiorca budowlany, Karol Martens, mieszkający przed wojną w Kawęczynie, w wyniku szkód wojennych z 1939 r., przeprowadził się do Warszawy. Mężczyzna „po raz pierwszy poniósł straty przez wejście i grabież Niemców oraz ludności okolicznej, podczas której Niemcy filmowali grabiącą ludność, którą skłonili do grabieży”. Martens stracił swój dobytek głównie w 1944 r. w mieszkaniu przy ul. Opoczyńskiej, gdzie skradziono kilka obrazów oraz rzeźb artystów polskich i obcych[11].

Ruch migracyjny odbywał się także w drugą stronę. Zwłaszcza inteligencja w obawie przed represjami okupanta, wyprowadzała się poza miasto. Maria Srokowska w 1939 r., przeprowadziła się do swojego domku we wsi Bukowice położonej w gminie Jabłonna. W tej samej okolicy rozlokowano oddział niemieckiej artylerii. Srokowska wspomina: „Część obrazów i dywanów, zarekwirowano w grudniu 1939 i styczniu 1940 r., na zlecenie gminy, dla wojska niemieckiego”. Z kolei w 1944 r., podczas stacjonowania w Bukowicach artylerii niemieckiej „dowódca artylerii odcinka tamtejszego Walter Becker” zarekwirował dla siebie artystyczne dywany, a także obrazy znajdujące się w mieszkaniu kobiety, w tym „Odaliskę” Jana Styki[12].

Odbudowa miasta po zniszczeniach z września 1939 r. była przez okupanta zakazana. Zezwolono jedynie na niezbędne prace remontowe dotyczące tylko niektórych ulic w mieście. W powojennych relacjach mieszkańców Warszawy zawartych w archiwaliach, bardzo często występują informacje dotyczące odbudowy domów i zakładów pracy oraz o poniesionych na ten cel nakładach finansowych. Gubernator Hans Frank, już na początku sprawowania swojego urzędu zaznaczał, że nie myśli o żadnej odbudowie Warszawy. Czynił wręcz starania, aby maksymalnie ograniczyć wszelkie prace remontowe. Szczególnie brutalnie obchodzono się z historycznymi symbolami polskiej władzy na tym terenie. Zniszczony i spalony podczas bombardowania w 1939 r. Zamek Królewski, został już 9 listopada 1939 r., przygotowany do wysadzenia w powietrze. Decyzję o wykonaniu wyroku na Zamek, wstrzymano z powodu zamiaru doszczętnego jego splądrowania[13].

Niemcy bez żadnych oporów, rozpoczęli proceder grabienia polskich dzieł sztuki ze zbiorów muzealnych, a także prywatnych. Obiekty należące do kolekcji prywatnych, zgodnie z rozporządzeniem z 16 grudnia 1939 r., należało zgłosić wraz z określeniem stanu, rodzaju oraz ilości obiektów, do Pełnomocnika Specjalnego do Spraw Spisu i Zabezpieczenia Dzieł Sztuki i Zabytków Kultury. Niepodporządkowanie się tej dyrektywie, groziło karą więzienia oraz Sądami Specjalnymi. Ostateczny termin zgłoszenia dzieł sztuki i przedmiotów o wartości historycznej, wyznaczono na 15 lutego 1940 r. Akty grabienia mienia, były na porządku dziennym już od pierwszych dni wejścia okupanta do Warszawy. Sam Hans Frank w 1943 r. pierwsze miesiące niemieckich rządów w Generalnym Gubernatorstwie nazwał „okresem łupów”[14].

Bohdan Marconi, zanotował w swoich pamiętnikach, że zarządzenie o zajęciu zbiorów muzealnych i kolekcji prywatnych wywołało „popłoch wśród zbieraczy, którzy decydowali się raczej na ukrycie dzieł sztuki niż rejestrację. Konfiskowano rzeczywiście wszystkie zbiory będące w posiadaniu osób nie aryjskiego pochodzenia. Wiele obrazów ze znanych mi tego rodzaju kolekcji widziałem później w Zarządzie Distriktu, Abteilung Kultur, w pałacu Brühlowskim, lub przechodziły one przez pracownię konserwatorską Muzeum [Narodowego – M. K.] ze zleceniem ich konserwacji. (…) Pamiętam, gdy do Pracowni Konserwacji wszedł nadzorca Muzeum dr Alfred Schellenberg w chwili, gdy z kolegą Pawłowskim oglądaliśmy ułożony na stole obraz Bellotta „Widok miasta Pirna”, własność Stefana Dobrzyńskiego. Powiedział natychmiast, co obraz przedstawia, ale nic o autorze, którego w tak typowym obrazie historyk sztuki nie mógł nie poznać. Wydaje się, że nie chciał skorzystać z okazji rozpoznania w celu konfiskaty, a być może myślał, że obraz jest własnością Muzeum”[15].

Proceder grabienia prywatnych mieszkań, przy każdej nadarzającej się okazji uprawiali nie tylko zwykli żołnierze czy oficerowie, ale również cywilni urzędnicy niemieccy. 1 października 1939 r. na stanowisko komisarza Rzeszy dla miasta Warszawy został powołany Helmut Otto. Już kilka tygodni później, jego funkcję przejął wyjątkowo niechętnie nastawionego do mieszkańców Warszawy, Oskar Dengel. Początkowo mianowany na prezydenta miasta, a następnie na starostę miejskiego, wyjechał z Warszawy w marcu 1940 r. Obydwaj niemieccy urzędnicy opuszczając Warszawę, zabrali ze sobą dużą ilość dóbr materialnych pochodzących z kradzieży. W mieście pozostał natomiast gubernator dystryktu Ludwig Fischer, który wnętrza swojej siedziby – Pałacu Brühla ozdobił zrabowanymi dziełami sztuki[16].

Fotografia z okresu okupacji niemieckiej w Warszawie. Śródmieście Północne. Załadunek dzieł sztuki na ciężarówkę i przyczepy pod budynkiem Zachęty przy pl. Małachowskiego 3. © Stefan Bałuk „Kubuś” „Starba”

Warszawskie mieszkania prywatne ograbiali pracownicy hitlerowskiej cywilnej administracji państwowej, policji, jednostek NSDAP oraz inne niemieckie instytucje, organizacje, a także przedsiębiorstwa spółdzielcze. Pracownikom urzędu szefa dystryktu oraz biura niemieckiego starosty miejskiego, przydzielano w Warszawie kompletnie wyposażone mieszkania z umeblowaniem, dywanami, dziełami sztuki. Wielokrotnie grabieży dokonywano także na własny rachunek bez porozumienia z okupacyjnym organem zarządzania wykorzystując do tego celu jedynie swoje stanowisko. Zdarzało się również, że pomiędzy konfiskującymi mienie dochodziło do rywalizacji na tle roszczeń do tych samych przedmiotów . W taki sposób został zrabowany zbiór malarstwa polskiego i obcego prokuratora Rafała Lemkina w mieszkaniu przy ul. Kredytowej. Lokal został kolejno obrabowany przez Gestapo, sąsiadów – Volksdeutsch`ów oraz urzędników niemieckich[17].

Dziełami sztuki znajdującymi się w okupowanej Warszawie jako pierwsi zainteresowali się wysłannicy Heinricha Himmlera, działający pod egidą Stowarzyszenia Badawczo–Naukowego „Dziedzictwo Przodków” (Das Ahnenerbe). Organizacja zarządzana przez Petera Paulsena z Uniwersytetu Berlińskiego oraz Ernsta Petersena z Rostocku funkcjonowała pod patronatem SS. Niezależnie od ekipy Paulsena, zorganizowaną grabieżą dzieł sztuki w Generalnej Guberni kierował historyk sztuki Kajetan Mühlmann. Jako Pełnomocnik Specjalny prowadzący swą działalność w imieniu Göringa dobrał sobie do pomocy historyków sztuki, antykwariuszy i muzealników z Berlina, Wiednia oraz Wrocławia. Celem powołanego zespołu specjalistów było tzw. „zabezpieczenie dóbr artystycznych i kulturalnych”, w rzeczywistości oznaczało to konfiskatę zabytków i dzieł sztuki dla potrzeb zbiorów muzealnych Rzeszy, a także prywatnej własności niemieckich dygnitarzy[18].

Nadrzędną placówką, w której planowano zgromadzić najcenniejsze złupione w Europie dzieła sztuki, było muzeum Hitlera (Führermuseum) w Linzu. Do przyszłego muzeum gromadzono zabytki z tzw. „pierwszego wyboru“. Obiekty drugiej kategorii („drugi wybór”), przeznaczone docelowo do niemieckich muzeów, tymczasowo magazynowano. Eksponaty zakwalifikowane do trzeciej kategorii wykorzystano do dekoracji i wyposażenia biur oraz mieszkań urzędników hitlerowskich[19].

Reprodukcje oraz opisy dzieł „pierwszego wyboru” zamieszczono w specjalnym katalogu „Sichergestellte Kunstwerke im Generalgouvernement” sporządzonym przez zespół Urzędu Pełnomocnika Specjalnego, który razem z albumem fotografii został ofiarowany Hitlerowi przez gubernatora Hansa Franka w 1940 r. W albumie znalazło się 521 najcenniejszych (dla Niemców) dzieł sztuki zarówno malarstwa, jak i rzemiosła artystycznego. Skatalogowane obiekty miały w przyszłości znaleźć się w Führermuseum.

Kajetan Mühlmann w celu dokładnej rekwizycji cennych zabytków na terenie Generalnego Gubernatorstwa powołał dwa zespoły specjalistów. Pierwszym zespołem działającym na terenie północnego obszaru Generalnego Gubernatorstwa, w tym Warszawy, kierował Joseph Mühlmann, historyk sztuki z Salzburga, brat Kajetana. Terytorium grabieży drugiego zespołu pozostawała południowa część Generalnego Gubernatorstwa, a kierował nim Gustav Barthel[20].

Warszawska akcja konfisakty dzieł sztuki przeprowadzona przez Grupę Północną pod kierownictwem Mühlmanna została zrealizowana przed końcem czerwca 1940 r. Na miejsce zmagazynowania zagrabionych dóbr kultury wybrano Muzeum Narodowe w Warszawie. W celu sprawnego przeprowadzenia zadania perfekcyjnie zorganizowano pracę począwszy od zinwentaryzowania poprzez konserwację, aż do pakowania w skrzynie, a następnie transport. W 1943 r. na miejsce Mühlmanna został powołany Wilhelm Ernst Palezieux. Nowy Pełnomocnik Specjalny, pomagał Frankowi w ostatnich miesiącach wojny wywieźć zrabowane z Polski dzieła sztuki do prywatnej willi gubernatora położonej niedaleko Monachium[21].

Interesujące spostrzeżenie miał w swoich opowiadaniach Erwin Axer. Autor, wiele lat po wojnie, znajdując się przypadkowo w domu jednego z byłych podoficerów SS przydzielonych do „świty” rezydującego podczas okupacji w Warszawie gubernatora Hansa Franka, zauważa na ścianie gabinetu „niewielkiego Kossaka”[22].

Dość powszechnym zjawiskiem podczas okupacji było ratowanie przed zniszczeniem ze strony okupanta przedwojennych bibliotek. Jedną z form akcji ratowniczej, było sprzedanie biblioteki w cenie makulatury do zaprzyjaźnionej instytucji publicznej lub osoby prywatnej. W taki sposób postąpił Eliasz Czajkowski, były kierownik biblioteki Ministerstwa Komunikacji. Transakcję opisuje nabywca księgozbioru – Czesław Gutry, który ulokował książki w swoim mieszkaniu na Starym Mieście. Niestety cały księgozbiór spalił się w Powstaniu Warszawskim[23].

Wanda i Jan Rybińscy, podczas oblężenia Warszawy w 1939 r. stracili w płomieniach większość biblioteki w mieszkaniu przy ul. Hożej. Wykorzystując niskie ceny książek w okresie okupacji, zakupili około 250 pozycji w księgarni Gebethnera i Wolfa. Większość nabytych pozycji książkowych zawierała treści historyczno – pamiętnikarskie, a także były to dzieła literatury pięknej. Odtworzona w ten sposób biblioteka przepadła całkowicie w ogniu wypalanego po powstaniu miasta[24].

Handlowca, Romana Kozakow aresztowano 2 sierpnia 1942 r. w mieszkaniu przy ul Ordynackiej. Powodem aresztowania była „odmowa współpracy z okupantem niemieckim na dostawy dla wojska niemieckiego”. Podczas pobytu w więzieniu, mieszkanie mężczyzny zostało skonfiskowane wraz z wyposażeniem. Sama biblioteka liczyła 2 000 tomów. W zbiorach kolekcjonera, znalazły się m.in. sztychy Albrechta Dürera, obrazy Leona Wyczółkowskiego, Emila Lindemana, Juliusza i Wojciecha Kossaków, Alfreda Wierusza–Kowalskiego, Ignacego. Zygmuntowicza, Antoniego Adama Piotrowskiego i innych malarzy. Według słów poszkodowanego w mieszkaniu znajdowały się „złożone z całego życia zbiory wartościowe”. Szczególnie interesujące jest ostatnie zdanie z zamieszczonej w Kwestionariuszu relacji Kozakowa: „Uwaga!!!, bezpowrotnie stracone, nie spaliły się, wywiezione na zachód!!!”[25].

Podczas przeprowadzanych przez Gestapo aresztowań, majątek należący do zatrzymanej osoby konfiskowano, a najbliższą rodzinę przebywającą w mieszkaniu wysyłano do obozów koncentracyjnych. Edward Assbury, pracownik Biblioteki Narodowej, w latach 1940–1944, jako przedstawiciel działu zbiorów zabezpieczonych, uczestniczył w przejmowaniu księgozbiorów z mieszkań osób aresztowanych, rozstrzelanych lub wysłanych do obozu. Domowe biblioteki zajmowali oficjalnie pracownicy urzędu gospodarki majątkami skonfiskowanymi, często w towarzystwie funkcjonariuszy policji niemieckiej. Bibliotekarz wśród przejętych zbiorów wymienia m.in. następujące kolekcje książek: Zofii Garlickiej (Al. Niepodległości), Janiny Peretiatkowiczowej (ul. Grottgera), porucznika Poniatowskiego (ul. Wawelska), Mieczysława Tretera (Al. Przyjaciół), Zygmunta Muszla[26].

Zdarzały się jednak przypadki, gdy prześladowani przez Gestapo Warszawiacy, przed dokładnymi rewizjami mieszkania, potrafili ukryć nawet tajne dokumenty konspiracyjne, a także pamiątki rodzinne. Bohdan Korzeniowski wspomina o wykorzystywaniu kolekcji zielników docenta Wiśniewskiego, do przechowywania podziemnej bibuły. Na kilkuset cieniutkich kalkach, pomiędzy stronami zielników znajdowało się całe archiwum Kierownictwa Walki Cywilnej. Dokumenty zawierały wszelkie dane osobowe, wykazy sabotaży, szyfry, tajne lokale i skrytki oraz wiele innych niezwykle cennych informacji. Podczas aresztowania docenta oraz rewizji mieszkania Gestapo nie odnalazło dokumentów[27].

Mąż Janiny Naumienko, w 1942 r., w zamku drzwi do jednego z pokojów w mieszkaniu, ukrył kilka rodzinnych dokumentów, w tym własną nominację na oficera. Pomimo gestapowskiej rewizji, nie znaleziono schowka ukrytego w drzwiach. Małżeństwo, wracając po wojnie do na wpół spalonego mieszkania, odnalazło drzwi w innym wypalonym pomieszczeniu. Cała zawartość schowka cudownie ocalała.

Witold Bagniewski w swoich pamiętnikach wspomina bogatą kolekcję Stanisława Patka na Starym Mieście: „Mieszkanie mecenasa Patka przy ul. Kanonii 8, było małym muzeum, czego tam nie było. Ściany obwieszone bronią palną i białą na manekinach, autentyczne mundury ułańskie, lance, strzelby, karabiny skałkowe, to znów na środku pokoju w oszklonej gablocie, położonej na stole, całkowity zbiór insygniów i odznaczeń polskiej loży masońskiej, począwszy od wielkiego mistrza, kończąc na zwykłym bracie wolnomularzu. Były też insygnia innych lóż jak np. szkockiej. Łóżko mecenasa było prawdziwie spartańskie, przykryte żołnierskim kocem, stało jak gdyby pod namiotem, podpieranym ułańskimi lancami, których chorągiewki zwisały. Mecenas był wielkim miłośnikiem starej broni oraz wszelkich pamiątek tyczących się świetności dawnej Polski oraz dwóch powstań, jak i wskrzeszenia Polski po pierwszej wojnie światowej”.

Stanisław Patek był przed wojną ministrem spraw zagranicznych RP, posłem w Tokio oraz Moskwie, ambasadorem w Waszyngtonie, a następnie w latach 1936–39 senatorem nominowanym przez prezydenta. Wycofał się jednak z życia politycznego z powodu nieuleczalnej choroby objawiającej się bezwładem nóg. Podczas okupacji, nie mogąc zdobyć środków na utrzymanie, przez jakiś czas korzystał z żywności przyniesionej przez przyjaciół. Z czasem zdecydował się sprzedać niektóre ze swoich przedmiotów. Zadanie sprzedaży zbiorów powierzył swojemu dawnemu, długoletniemu kamerdynerowi – Janowi Czaji. Po zamachu zorganizowanym przez Armię Krajową na Franza Kutscherę, dowódcę SS i Policji na dystrykt warszawski Generalnego Gubernatorstwa, zwanego katem Warszawy, 1 lutego 1944 r., 3 dni później, urządzono w Warszawie jego uroczysty pogrzeb. Hitlerowcy, bojąc się zamachu na osoby uczestniczące w pogrzebie, pod karą śmierci nakazali opuszczenie wszystkich mieszkań, których okna wychodziły na ulice, którymi miał przemieszczać się kondukt żałobny.

Stanisław Patek – polski prawnik, adwokat, dyplomata, minister spraw zagranicznych, senator. © The National Digital Archives

Trasa przemarszu żałobnej procesji biegła od Zamku Królewskiego do Dworca Gdańskiego. Samotnie mieszkający Mecenas Patek z powodu niedowładu nóg nie mógł się podporządkować zarządzeniu. W mieszkaniu odwiedziło go trzech oficerów niemieckich „zapytali dlaczego na polecenie żandarmów nie opuściłem mieszkania. Odpowiedziałem, że mam bezwład nóg i nie mogę poruszać się, w międzyczasie jeden z nich rozglądając się po mieszkaniu, zobaczył naturalnej wielkości portret Roosvelta i zapytał skąd mam portret, odpowiedziałem, że byłem ambasadorem w Waszyngtonie – dostałem portret z dedykacją, która jest widoczna. SSowiec przyjął to oświadczenie milczeniem i przeszedł do następnego pokoju oglądając zbiory. Zobaczył naturalnej wielkości portret cesarza japońskiego Hirohito z dedykacją – ambasadorowi Polski Stanisławowi Patkowi, Cesarz Japonii – SSowiec zawołał pozostałych, pokazał im portret. Zasalutowali przed portretem. Do mnie zwrócili się zezwalając pozostać w mieszkaniu, jednocześnie częstując papierosami, z których nie skorzystałem SSowcy zasalutowali i wyszli”[28].

Z powodu obaw o bezpieczeństwo obywateli niemieckich oraz w trosce o ich przywileje i wygodę życia, już w 1940 r. projektowano skupienie ludności niemieckiej w wydzielonej dzielnicy mieszkaniowej. Niemców osiedlano blisko urzędów mieszczących się przy Al. Ujazdowskich oraz w dzielnicy willowej Mokotowa. Wysiedlono wówczas z zajmowanych przy tych ulicach mieszkań Polaków. Właścicielom domów przy ul. Litewskiej w pierwszych dniach listopada nakazano spakowanie się i opuszczenie mieszkań w ciągu 12 godzin[29].

Ostateczne granice niemieckiej dzielnicy mieszkaniowej określono w 1943 r. Tereny dzielnicy obejmowały linię Wisły, począwszy od Al. 3–go Maja, Al. Jerozolimskich, następnie ul. Bracką, Mokotowską do Pola Mokotowskiego, Kazimierzowską, Krasickiego aż do Malczewskiego, następnie Tyniecką, Odyńca, do linii Wisły. Szczególny nacisk położono na zgromadzenie ludności niemieckiej w tzw. „Dzielnicy policyjnej”, znajdującej się w okolicach Placu Unii, na odcinku do ul. Pięknej. W tym kwartale znajdowało się najwięcej urzędów, w tym znaczna część urzędów policyjnych. Skupienie instytucji państwowych w jednym miejscu znacznie ułatwiało utrzymanie bezpieczeństwa przez posterunki oraz patrole wojskowe i policyjne. Wysiedlenia ludności polskiej z tej części miasta trwało do marca 1944 r. W tym okresie usunięto z mieszkań około 3 000 Polaków, a całą dzielnicę otoczono kozłami z drutów kolczastych[30].

Elżbieta Mikulicz–Radecka, przed wojną mieszkała początkowo przy Al. Ujazdowskich, a następnie w Al. Róż. Mąż kobiety, Wacław Mikulicz–Radecki, na początku września 1939 r. wyruszył z konwojem najcenniejszym skarbów narodowych ewakuowanych przez Rumunię, Francję i Anglię za ocean do Kanady. Znane i opisywane zbiory hrabiny Elżbiety Mikulicz–Radeckiej uległy częściowo zniszczeniu w 1939 r. W 1942 r., pierwsze piętro domu „na żądanie okupanta”, zostało zajęte przez Niemców. Pozostałą część nieruchomości zajął Zbór Ewangelicki. Kolekcja hrabiny, zawierała dzieła sztuki z zakresu malarstwa i rzemiosła artystycznego, ze szczególnym uwzględnieniem bogatych zbiorów artystycznej ceramiki, głównie z początku istnienia manufaktur polskich takich jak: Belweder, Korzec, Baranówka. W zbiorze obejmującym głównie przedmioty użytkowe, znajdowały się bogate srebra stołowe oraz używane do dekoracji stołu figury, a także kandelabry, patery i inne przedmioty na środek stołu. Jednym z załączników do Kwestionariusza poszkodowanej, jest fotografia przedstawiająca komplet dekoracyjnych brązów na środek stołu w stylu empire. Całość wykonano ze złoconego brązu. Całkowite wyposażenie mieszkania, kobieta spakowała w paczki, kufry i kosze, a następnie przez zaufanego powiernika umieściła w kilku miejscach. Zbiory Elżbiety Radeckiej–Mikulicz, w całości zostały „spalone w okresie powstania warszawskiego”[31].

Rabunki i konfiskaty mienia dokonywane przez wojsko i niemieckich urzędników trwały przez cały okres okupacji, również tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Stanisława Sawicka, kustosz Gabinetu Rycin Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie, wraz z całą rodziną została aresztowana przez Gestapo 13 maja 1944 r. Po wyprowadzeniu domowników z mieszkania przy ul. Ks. Skorupki skonfiskowano cenną bibliotekę naukową liczącą  ok. 3 000 tomów, a także: obrazy, rysunki, grafikę, starą porcelanę, tkaniny i srebra . Franciszek Lasocki, został zaskoczony 25 czerwca 1944 roku przez „wtargnięcie do mieszkania Geheime Staatspolizei”. Mężczyzna został aresztowany, a rzeczy w mieszkaniu przy ul. Wspólnej, skonfiskowano[32].

Maria Osikowska mieszkająca wraz z mężem przy ul. Hożej, straciła swoje mienie 28 i 29 czerwca 1944 r. Całkowite wyposażenie pięcioizbowego mieszkania, zostało wywiezione przez Gestapo, bezpośrednio po aresztowaniu małżonków. Zagrabiono wówczas 26 obrazów z wyposażenia mieszkania, w tym płótna m.in. Iwana Szyszkina oraz Iwana Ajwazowskiego. Z pozostałych cenniejszych zabytków poszkodowana wymieniła stratę: 2 kompletów chińskiej porcelany, 2 kompletów XVIII–wiecznej porcelany z Sevres oraz Miśni[33].

W okupowanej Warszawie nastąpiło kilka sowieckich nalotów bombowych, wydarzenia miały związek z napaścią Niemiec na Związek Sowiecki. Naloty odbywały się głównie w nocy i były skierowane przede wszystkim na obiekty wojskowe oraz węzły komunikacyjne. Największe bombardowanie Warszawy, przeprowadziło lotnictwo sowieckie w nocy z 12 na 13 maja 1943 r. Celem ataku było przede wszystkim lotnisko na Okęciu oraz linie kolejowe. Bomby spadły jednak na Grójeckiej, Marszałkowskiej i w okolicach Placu Zbawiciela, zamieniając okoliczne domy w ruiny. W ciągu ponad dwugodzinnego bombardowania dach nad głową straciło od 800 do 1000 osób, śmierć poniosło ponad 150 osób w tym zaledwie kilkunastu żołnierzy niemieckich[34].

Jedna z bomb majowego nalotu spadła tuż obok domu zamieszkałego przez rodzinę Strzałeckich przy ul. Towiańskiego na Żoliborzu. Jak relacjonuje wnuk znanego przed wojną dekoratora i kolekcjonera Antoniego Jana Strzałeckiego, w obawie przed kolejnymi nalotami „Następnego dnia mama spakowała najcenniejsze przedmioty z kolekcji pradziada, które pozostały jeszcze w naszych rękach, i ukryła w piwnicy. Wśród nich był osiemnastowieczny kryształowy żyrandol z radziwiłłowskiej manufaktury szkła w Urzeczu”, który jako jeden z nielicznych zabytków z niegdyś wspaniałego zbioru został uratowany. Rodzina Strzałeckich posiadała niegdyś jeden z najznakomitszych w Warszawie zbiorów dawnego rzemiosła, malarstwa oraz militariów zgromadzony początkowo w słynnej „Kamienicy pod Gigantami” w Al. Ujazdowskich 24, następnie w domu na Powiślu. Większa część kolekcji została sprzedana lub podarowana Muzeum Narodowemu. Po śmierci pasjonata w 1934 r., pozostałe w domu antyki zostały rozsprzedane lub podzielone pomiędzy liczną rodzinę. Na domiar złego, artystycznie urządzone mieszkanie przy ul. Topiel zostało we wrześniu 1939 r. zbombardowane. Do tymczasowego mieszkania na Żoliborzu przeniesiono kilka ostatnich precjozów[35].

Zbliżający się do Warszawy w 1944 r. front wojenny, rozbudził wśród właścicieli zbiorów artystycznych i kolekcji wiele obaw, które towarzyszyły im już w 1939 r. Kolekcjonerzy zastanawiali się jak, bezpiecznie przechować cenne przedmioty. Prawdopodobnie spodziewali się podobnych zniszczeń, do tych, jakie spotkały Warszawę we wrześniu 1939 r. Nikt nie przypuszczał jednak, że spełni się najczarniejszy ze wszystkich scenariuszy.

Józef Zembowicz wraz z przyjacielem, również kolekcjonującym obrazy malarzy polskich, tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego zastanawiali się jak zabezpieczyć posiadaną przez nich kolekcję malarstwa. Zdania były podzielone, Inżynier Zembowicz uważał, że najbezpieczniej będzie wywieść zbiór do domu w Milanówku, tak zresztą zrobił. Sędzia Adamski, upierał się, żeby wszystkie cenne przedmioty przetransportować z powrotem do Warszawy. Ostatecznie obydwaj pasjonaci sztuki ledwo zdążyli przewieźć posiadane kolekcje do warszawskich mieszkań przy Al. Niepodległości. Ostatni pakunek Adamski zabrał z Milanówka 1 sierpnia, niestety tamtego dnia zaginął wraz z cenną zawartością. Po wojnie Józef Zembowicz, który został z dziećmi na letnisku w Milanówku złożył Kwestionariusz w którym wykazał stratę 41 obrazów malarzy polskich, m.in. Władysława Czachórskiego, „Portret brata”; Jacka Malczewskiego, „Sybir” oraz „Portret syna”; Juliana Fałata, „Kopanie”; Aleksandra. Gierymskiego, „Solec”; Wojciecha Kossaka, „Ułan” i „Wiatrak”; Apoloniusza Kędzierskiego, „Przesiewanie”; Franciszka Kostrzewskiego, „Restauracja” oraz Leona Wyczółkowskiego, Stanisława Noakowskiego, Stefana Mrożewskiego, Kazimierza Lasockiego, a także rzemiosło artystyczne[36].

Monika Żeromska, zapisała w dzienniku, że w obawie przed zbliżającym się frontem, przewiozła 4 skrzynki z rękopisami ojca z Konstancina, na Stare Miasto w Warszawie. Autorka pamiętników, uznała, że pamiątki po pisarzu, będą bardziej bezpieczne w centrum Warszawy. Sama podróż z cennymi zbiorami, była bardzo ryzykowna, ponieważ żandarmi niemieccy kontrolowali każdy z kursujących po tej trasie samochodów „gdyby znaleźli te cztery skrzynki, zabraliby je, albo zniszczyli na miejscu”[37].

Także Stefan Talikowski w spisanych po wojnie „Kronikach” odnotował nastroje towarzyszące kolekcjonerom w 1944 r.: „W okresie przedpowstaniowym rozmawiałem z Panem Krzysztofem [Tyszkiewiczem – M. K.] o zabezpieczeniu zbiorów, powiedział mi wówczas: – ja nic nie chowam i nie zabezpieczam, póki żyję chcę na to patrzeć i tym się cieszyć. To jego stanowisko bardzo mi trafiło do przekonania, ja też tak czułem i postanowiliśmy z Gienią [żoną – M. K.] nic nie chować i wszystkim się cieszyć”[38].

Warszawa tuż przed wybuchem powstania liczyła około 950 000 mieszkańców. Szacuje się, że do dnia wybuchu walk powstańczych eksterminacja ludności żydowskiej włącznie z wywozem do obozów koncentracyjnych objęła około 370–400 tysięcy osób na terenie Warszawy. Według obliczeń Władysława Bartoszewskiego, w wyniku okupacji stolicy do sierpnia 1944 r. zostało zamordowanych około 30 000 Polaków, a do prac przymusowych w Rzeszy skierowano niemal 100 000 osób. Podczas okupacji największy ubytek w sferze kultury materialnej ponieśli zamieszkujący przedwojenną Warszawę Żydzi. W gettcie i obozach koncentracyjnych wymordowano znaczącą część przedwojennej populacji miasta[39].

 


[1] Z. Potocka, Antykwariat ‘Miniatura’. Wspomnienia, „Rocznik Muzeum Narodowego”, t. XI, Warszawa 1967, s. 210.

[2] H. Mortkowicz–Olczakowa, Pod znakiem kłoska, Warszawa 1962, s. 325.

[3] Archiwum Państwowe m.st. Warszawy, Zarząd Miasta Wydział Strat Wojennych (APW ZM WSW), sygn. 164, nr kw. 11104, s. 235.

[4] C. Łuczak, Polityka ludnościowa i ekonomiczna hitlerowskich Niemiec w okupowanej Polsce, Poznań 1979, s. 250.

[5] J. S. Majewski, Śródmieście i jego mieszkańcy w latach niemieckiej okupacji: październik 1939–1 sierpnia 1944. Dzień powszedni, [w:] W. Fałkowski, Straty Warszawy 1939–1945. Raport, Miasto Stołeczne Warszawa, Warszawa 2005, s. 71.

[6] APW, ZM WSW, sygn. 159, nr kw. 9992, s. 978.

[7] APW, ZM WSW, sygn. 159, nr kw. 9856, s. 444.

[8] L. H. Nicholas, Grabież Europy. Losy dzieł sztuki w Trzeciej Rzeszy i podczas II wojny światowej, Kraków 1997, s. 64.

[9] APW, ZM WSW, sygn. 74, nr kw. 10938, s. 842.

[10] APW, ZM WSW, sygn. 166, nr kw. 11749, brak paginacji.

[11] APW, ZM WSW, sygn. 73, nr kw. 10637, s. 582.

[12] APW, ZM WSW, sygn. 78, nr kw. 11906, s. 758.

[13] J. Ślaski, Polska walcząca, Warszawa 1999, s. 455.

[14] C. Łuczak, op. cit., s. 22, 233-234.

[15] B. Marconi, O sztuce konserwacji, Warszawa 1982, s. 282-284.

[16] M. Getter, Władze niemieckie okupowanej Warszawy, [w:] W. Fałkowski, op. cit., s. 213-214, 218.

[17] A. Trepiński, Jak ratowano dobra kulturalne w domach prywatnych, [w:] S. Lorentz, Walka o dobra kultury Warszawa 1939–1945, Warszawa 1970, t. 2, s. 109.

[18] L. H. Nicholas, op. cit., s. 67-77.

[19] Odpowiedzialnym za zgromadzenie eksponatów oraz organizację przyszłego muzeum w Linzu, był Hans Posse – dyrektor Galerii Drezdeńskiej. Osoba ta była współodpowiedzialna za rabowanie dzieł sztuki na terenie Warszawy – zob. K. Ajewski, T. Zadrożny, Straty muzeów i kolekcji artystycznych Warszawy w latach 1939–1945, [w:] W. Fałkowski, op. cit., s. 569.

[20] K. Ajewski, T. Zadrożny, op. cit., s. 573-574.

[21] L. H. Nicholas, op. cit., s. 79.

[22] E. Axer, Ćwiczenia pamięci, seria 3, Kraków 1998, s. 10-13.

[23] C. Gutry, Pamiętnik, [w:] S. Lorentz, Walka o dobra kultury…, s. 7-8.

[24] APW, ZM WSW, sygn. 52, nr kw. 5286, s. 161.

[25] APW, ZM WSW, sygn. 119, nr kw. 22336, s. 415.

[26] E. Assbury, Losy księgozbiorów warszawskich zabezpieczonych w BN w latach 1940-1944, [w:] S. Lorentz, op. cit., t. 1, s. 268.

[27] B. Korzeniowski, Książki, [w:] S. Lorentz, op. cit. t. 2, s. 295.

[28] W. Bagniewski, Wizyta Gestapo u Mec. Patka, [w:] Wspomnienia 1892–45. Rynek Starego Miasta, Biblioteka Narodowa, sygn. 10540, s. 12-14. Zbiory S. Patka: E. Chwalewik, Zbiory polskie. Archiwa, biblioteki, gabinety, galerie, muzea i inne zbiory pamiątek przeszłości w ojczyźnie i na obczyźnie w porządku alfabetycznym według miejscowości ułożone, Warszawa 1927, t. 2, s. 411-413.

[29] J. S. Majewski, op. cit., s. 76-77.

[30] M. Getter, op. cit., s. 235.

[31] APW, ZM WSW, sygn. 36, nr kw. 1422, s. 814; E. Chwalewik, op. cit., s. 419.

[32] APW, ZM WSW, sygn. 259, nr kw. 41/46, s. 169. Geheime Staatspolizei – Tajna Policja Państwowa.

[33] APW, ZM WSW, sygn. 109, nr kw. 19903, s. 687.

[34] T. Szarota, Naloty na Warszawę podczas II wojny światowej, [w:] W. Falkowski, op. cit., s. 271-277.

[35] Relacja ustna Andrzeja Strzałeckiego z marca 2015 r., w zbiorach autora.

[36] Relacja przekazana przez syna, Krzysztofa Zembowicza w listopadzie 2013 r. W zbiorach autora; APW, ZM WSW, sygn. 91, nr kw. 15438, s. 823

[37] M. Żeromska, Wspomnień ciąg dalszy, Warszawa 2007, s. 109.

[38] S. Talikowski, Kronika rodziny Talikowskich–Talikowiczów, BN, mikr. sygn. akc. 11061, s. 366-367.

[39] K. Komorowski, Bitwa o Warszawę ‘44. Militarne aspekty powstania warszawskiego, Warszawa 2004, przypis 9, s. 95.

Wszystkie teksty (bez zdjęć) publikowane przez Fundację Warsaw Institute mogą być rozpowszechniane pod warunkiem podania ich źródła.

Powiązane wpisy
Top