THE WARSAW INSTITUTE REVIEW

Data: 10 lutego 2019    Autor: Grzegorz Kuczyński

Nord Stream 2, czyli pułapka na Ukrainę

Nord Stream 2 jest projektem politycznym – wymierzonym między innymi w Ukrainę. Projekt jest ważnym elementem antyukraińskiej strategii Rosji, będąc narzędziem umożliwiającym eliminację Kijowa z europejskiego systemu tranzytu gazu. To byłby poważny polityczny i finansowy cios dla państwa ukraińskiego.

Lubmin, Niemcy, 26 marca 2019. Prace przy budowie Nord Stream 2 w niemieckim Lubminie. © Clemens Bilan (PAP/EPA)

Pod koniec stycznia 2019 r. w Brukseli odbyły się trójstronne rozmowy Komisji Europejskiej, Ukrainy i Rosji w sprawie utrzymania tranzytu rosyjskiego gazu przez Ukrainę po wygaśnięciu obowiązującego od 2009 r. kontraktu. Podobnie jak pierwsza tura rokowań w lipcu 2018 r., tak i ta nie przyniosła przełomu. Następna ma się odbyć dopiero po wyborach prezydenckich na Ukrainie. Rosja wyraźnie gra na czas. A wszystko ma związek z projektem Nord Stream 2. Kwestia tego gazociągu jest ściśle związana z problemem tranzytu rosyjskiego gazu przez Ukrainę.

Bitwa gazociągów

Nord Stream 2 – którego koszty budowy szacuje się na 9,5 mld euro – pozwoli podwoić przepustowość magistrali bałtyckiej z 55 mld m³ do 110 mld m³. Ale wcale nie oznacza to nagłego wzrostu eksportu gazu rosyjskiego do Unii Europejskiej. Powód jest prosty: Rosja w najbliższym okresie nie będzie miała nowych źródeł surowca dla Europy. To oznacza, że gaz pompowany dwiema nowym nitkami gazociągu bałtyckiego nie popłynie inną trasą eksportu, już istniejącą. Biorąc pod uwagę, że z końcem 2019 r. kończy się umowa rosyjsko–ukraińska na tranzyt gazu przez Ukrainę, naturalne jest, że Gazprom przekieruje ten surowiec do nowego gazociągu Nord Stream 2. Istnieje groźba drastycznego, kilkukrotnego zmniejszenia ilości eksportowanego przez ukraiński system gazociągów rosyjskiego gazu do UE i Mołdawii. Tymczasem Ukraina jest obecnie głównym krajem tranzytowym, przez który płynie do Europy rosyjski gaz. W 2017 r. było to przeszło 93 mld m³ – najwięcej od siedmiu lat – i oznaczało około połowę rosyjskiego eksportu gazu do UE i Turcji. Z Ukrainy wpłynęło do UE 39 proc. importu rosyjskiego gazu.

Uruchomienie nowych omijających Ukrainę gazociągów, drugiej części Nord Stream (na północy) oraz budowanego Turkish Stream (na południu) może w najgorszym wypadku doprowadzić do tego, że ukraińskimi gazociągami nie popłynie nawet metr sześcienny rosyjskiego gazu. Co gorsza, zagraża to nie tylko tranzytowi, ale też skomplikuje zabezpieczenie importu gazu przez Ukrainę. Jeszcze w 2013 r. Ukraina była trzecim pod względem ilości kupowanego gazu klientem Gazpromu (22,6 mld m³). W 2017 r. łączny import ukraiński wyniósł 14,1 mld m³ – ale zero z kierunku rosyjskiego. Od 2014 r., gdy wstrzymano zakup surowca od Gazpromu, większość importowanego przez Ukrainę gazu pochodzi z UE. Jest to infrastrukturalnie o tyle łatwe i tanie, że jest to właśnie gaz rosyjski, który tranzytem płynie przez Ukrainę do Europy, a tu pośrednicy natychmiast odsprzedają część zakupionego surowca Ukrainie. Czyli Naftohaz de facto pozyskuje gaz podobnie jak kiedyś – to surowiec wpływający na Ukrainę ze wschodu. Tyle że kupowany nie od Gazpromu, a od unijnych pośredników. Całkowite lub bardzo głębokie ograniczenie tranzytu rosyjskiego gazu pozbawi Naftohaz większości jego zysków. Dla przykładu, w pierwszych trzech kwartałach 2017 r. transport gazu i jego dystrybucja zapewniły spółce ponad 90 proc. zysków. Prezes Naftohazu Andrij Koboliew szacuje wpływy jego spółki z tytułu opłat tranzytowych na 2–3 mld dolarów rocznie. To jakieś 2,5–3 proc. PKB Ukrainy.

Nominalna moc przepustowa ukraińskiego systemu przesyłu gazu (GTS) wynosi 142 mld m³ rocznie. Jeszcze pod koniec ubiegłej dekady było to 110 mld m³, czyli ok. 80 proc. całości rosyjskiego eksportu gazu do Europy. Ale już uruchomienie Nord Stream odbiło się na ukraińskim tranzycie. W 2011 r. wyniósł on 104,2 mld m³. W latach 2012 i 2013 spadł do 84–86 mld m³ (ok. 50 proc. eksportu do Europy). 2014 r. to już tylko 62,2 mld m³ (ok. 40 proc. eksportu do Europy), zaś 2015 r. to historyczne minimum, zaledwie 51 mld m³ (ok. 30 proc. eksportu). Wynikało to ze spadku zapotrzebowania w Europie na rosyjski gaz, ale też z uruchomienia Nord Stream od 2011 r. (maksymalne moce przepustowe 55 mld m³ rocznie). W ostatnich latach tranzyt znów zaczął się zwiększać – nie tylko z racji na wzrost zapotrzebowania w Europie. Nie przeszkadzał temu nawet konflikt rosyjsko–ukraiński. W 2016 r. wyniósł on 82,2 mld m³, zaś rok później o 13,7 proc. więcej (93,46 mld m³) – z czego na rynek UE dostarczono 90,75 mld m³, zaś do Mołdawii 2,71 mld m³. Gazprom był zmuszony korzystać z usług ukraińskich, bo przy sankcjach, spadku cen węglowodorów i ucieczce kapitału z Rosji Moskwa potrzebuje twardej waluty. Musiała więc sprzedawać jak najwięcej gazu do Europy, a popyt rósł. Wystarczy porównać ilości eksportowanego rosyjskiego surowca do UE: 138 mld m³ w 2010 r., 158 mld m³ w 2015 r., 178 mld m³ w 2016 r. Bez ukraińskiego GTS byłoby to niemożliwe. Oczywiście Kijowowi również się to opłacało – rosły wpływy z opłat tranzytowych.

Jednocześnie Rosja wciąż prowadziła informacyjną operację wymierzoną w ukraiński system gazociągów, twierdząc np. że rzekomo fatalny stan tej infrastruktury wywołuje niestabilność i nie daje gwarancji dla bezpiecznego tranzytu. Tymczasem ukraiński GTS jest w dobrym stanie i nie raz wykazał, że pod względem technicznym nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa dostaw surowca do UE. Dużą zaletą jest jego elastyczność, ciągłe zmniejszanie i zwiększanie wprowadzanego surowca nie wpłynęło na jakość jego funkcjonowania. Na przykład we wrześniu 2017 r., gdy Nord Stream przechodził planowe prace serwisowe, tranzyt przez Ukrainę wzrósł i to znacznie – w proporcjach rocznych do 120 mld m³ (180 mln m³ dziennie). Jednak Rosja zamierza wykorzystać wygaśnięcie obowiązującego obecnie kontraktu tranzytowego do drastycznego zmniejszenia transportu przez Ukrainę. W kwietniu 2018 r. prezes Gazpromu Aleksiej Miller powiedział, że po uruchomieniu alternatywnych szlaków eksportu (Nord Stream 2, Turkish Stream) jego koncern może utrzymać tranzyt przez Ukrainę po 2019 r. w wielkości zaledwie 10–15 mld m³ rocznie. Dla Ukrainy jest to absolutnie nie do przyjęcia. Aby GTS był dochodowy, powinno przez niego płynąć nie mniej niż 60 mld m³ rocznie.

Scenariusze dla Ukrainy

Kijów nie stoi wcale na straconej pozycji. Przynajmniej może być pewien jednego: w sprawie tranzytu przysłowiowy miecz Damoklesa nie spadnie na niego niemal dokładnie w dniu wygaśnięcia obecnego kontraktu. Wraz z końcem 2019 r. Rosja nie może zupełnie zaprzestać tranzytu przez Ukrainę, ani nawet zredukować jego wielkości do katastrofalnych dla Kijowa 10–15 mld m³ rocznie, ponieważ gazociągi omijające sąsiada nie będą jeszcze w pełni gotowe by dostarczać surowiec bezpośrednio na rynki europejskich klientów i wywiązać się z kontraktów z krajami UE. Uruchomienie Nord Stream 2 do końca 2019 r. – oficjalny cel udziałowców projektu, który już widać, że nie będzie zrealizowany – nie będzie wcale oznaczało od razu możliwości pełnego uruchomienia tego szlaku. Trzeba bowiem jeszcze rozbudować i uruchomić infrastrukturę rozprowadzającą gaz po Niemczech i krajach sąsiednich. Mowa przede wszystkim o gazociągu EUGAL. Budowa tego biegnącego przez Niemcy gazociągu może zostać zakończona dopiero w 2022 r. Nawet jeśli pierwsza nitka zostanie uruchomiona na czas, to i tak początkowo Rosjanie będą mogli korzystać tylko z maksymalnie 34 mld m³ rocznie przepustowości Nord Stream 2. Zanim do eksploatacji będzie wprowadzona druga nitka, Gazprom będzie zmuszony transportować przez Ukrainę nawet ok. 40 mld m³ gazu. W Kijowie o tym doskonale wiedzą i zapewne zechcą wykorzystać to w rokowaniach z Rosjanami – np. żądając długoterminowej umowy tranzytowej przewidującej nawet większe ilości gazu. Gdyby Gazprom to odrzucił, mógłby stanąć w obliczu konieczności zredukowania o tak znaczącą ilość swego eksportu do UE przez zapewne dwa lata. Czy Rosjan jednak stać na niedotrzymanie kontraktów z odbiorcami europejskimi?

Wobec zbliżającego się wygaśnięcia kontraktu z Gazpromem i groźby drastycznej redukcji, a w dalszej perspektywie wstrzymania tranzytu rosyjskiego gazu przez Ukrainę władze w Kijowie i kierownictwo Naftohazu mają kilka opcji działania. Oczywiście najbardziej optymalnym scenariuszem byłoby zablokowanie powstania gazociągu Nord Stream 2. Wydaje się jednak, że w Kijowie pogodzono się już z tym, że ten projekt zostanie zrealizowany. Przynajmniej takie sygnały płyną z kierownictwa Naftohazu. Jego dyrektor handlowy Jurij Witrenko 4 listopada 2018 r. przyznał, że „zatrzymanie budowy Nord Stream 2 jest już niemożliwe” i wezwał do zagwarantowania tranzytu przez Rosjan. Z wypowiedzi Witrenki wynika, że: Nord Stream 2 zostanie zbudowany; niemiecki rząd i biznes będą do końca popierać projekt; istnieje prawdopodobieństwo, że w takiej sytuacji tranzyt gazu przez Ukrainę zostanie całkowicie wstrzymany. W tej sytuacji – jak zapewnił członek kierownictwa Naftohazu – firma uruchamia „plan B”, który sprowadza się do tego, by maksymalnie zrekompensować finansowe straty wynikające z zamknięcia tranzytu. Z podpisaniem nowej satysfakcjonującej (okres, ilość surowca, taryfy) umowy bezpośrednio z Gazpromem może być problem. Tutaj pewnie Rosjanie będą grali na czas, a już na pewno z podejmowaniem jakichś decyzji zaczekają na wynik wiosennych wyborów prezydenckich, a przede wszystkim jesiennych parlamentarnych. Wiele wówczas będzie zależało od nowego układu sił na szczytach ukraińskiej władzy.

Ukraina może liczyć na dwa warianty minimalizacji kosztów wynikających z powstania Nord Stream 2 i ograniczenia/zakończenia tranzytu. Pierwszy przewiduje jak największe zaangażowanie europejskich partnerów w sektor gazowy Ukrainy. Drugi to realizacja zamkniętego modelu gazowej samowystarczalności. W czerwcu 2017 r. Ukrtranshaz uruchomił usługę „składu celnego” na bazie magazynów, w ramach której zagraniczne spółki będą mogły przetrzymywać gaz na Ukrainie ponad 1000 dni bez odprawy celnej. Pojawili się już nawet pierwsi klienci. Ukraina mogłaby zarabiać nawet setki milionów dolarów na magazynowaniu gazu z UE. Jeszcze bezpieczniejszym z punktu widzenia Kijowa wariantem byłoby być może przekazanie całego GTS w ramach długoletniej umowy w zarządzanie konsorcjum zachodnich krajów. Miałoby to być gwarancją dla Niemców czy Holendrów, że takie rozwiązanie (kontrola nad importem gazu już od granicy rosyjskiej) jest ekonomicznie bardziej opłacalne niż kontrolowany przez Gazprom aż do niemieckich brzegów Nord Stream 2. Takie konsorcjum samo rozwiązywałoby problemy z Gazpromem. Inny wariant minimalizacji strat pośrednio wynikających z uruchomienia Nord Stream 2 to dążenie do samowystarczalności gazowej. Dziś Ukraina zajmuje trzecie miejsce w Europie pod względem potwierdzonych zasobów gazu ziemnego, za Norwegią i przede wszystkim Rosją. Tyle, że nie wykorzystuje potencjału. W 2017 r. wydobycie z ukraińskich złóż wyniosło 20,5 mld m³. Mająca pięć razy mniejsze złoża Wielka Brytania wydobywa ponad 40 mld m³, zaś Norwegia aż 123 mld m³ przy zasobach większych o 2/3. To pokazuje, jak wielki potencjał tkwi w ukraińskim sektorze gazowym – mimo faktycznej utraty złóż w rejonie Krymu.

Europejskie rozczarowanie, amerykańska nadzieja

W czerwcu 2018 r. dyrektor handlowy Naftohazu Jurij Witrenko przypomniał, jak Niemcy naciskały na Kijów, by podpisać umowę w 2009 r. „Nie chcieli wchodzić w detale. Urządzało ich, że Rosjanie powiedzieli, iż ten kontrakt odpowiadał europejskim regułom. A potem okazało się, że nie miał nic wspólnego z europejskimi regułami, to raczej było rosyjskie pojmowanie tych reguł. To była prawdziwa neokolonialna polityka” – mówił Witrenko cytowany na profilu jego firmy na Facebooku. Nic dziwnego, że także teraz Kijów bardzo ostrożnie podchodzi do deklaracji wsparcia ze strony Niemiec. Tym bardziej, że to przecież stanowisko Berlina decyduje, że w ogóle budowany jest Nord Stream 2.

Niemcy, 26 marca 2019 r. Flaga z napisem ,,Nord Stream 2” na placu budowy Nord Stream 2 w Lubminie. © Clemens Bilan (PAP/EPA)

Niemcy traktują Ukrainę jako solidnego partnera w sferze tranzytu gazu i ważnego partnera handlowego – oświadczył 14 maja 2018 r. w Kijowie minister gospodarki i energetyki Peter Altmaier podczas rozmów z premierem Wołodymyrem Hrojsmanem. „Powinniśmy wypracować gwarancje, by kontynuować tranzyt gazu przez Ukrainę” – mówił Altmaier, który ze stolicy Ukrainy poleciał prosto do Moskwy. Cztery dni później w Soczi wylądowała Angela Merkel. Gdy niemiecka kanclerz wskazała, że tranzyt przez Ukrainę powinien być zachowany, prezydent Władimir Putin powiedział, że realizacja Nord Stream 2 nie zakłada zaprzestania tranzytu rosyjskiego gazu przez Ukrainę. Ale też dodał – co najbardziej istotne – że „dostawy będą kontynuowane, jeśli okażą się uzasadnione ekonomicznie”. Wiosną 2018 r. Niemcy ogłosiły, że są gotowe pomagać Komisji Europejskiej w szukaniu inwestorów dla ukraińskich gazociągów celem „utrzymania tranzytu rosyjskiego gazu”. Ta deklaracja pomocy ze strony Niemiec nie była niczym więcej niż chęcią zyskania czasu i odsunięcia ewentualnego nałożenia sankcji USA. Jak donosiły ukraińskie media, Berlin nieoficjalnie przedstawiał Ukrainie różne pomysły w sprawie tranzytu. Na przykład wydzielenie oddzielnego gazociągu (korytarz od kurskiego kierunku gazociągu Urengoj–Pomary–Użhorod) i przekazanie go pod kontrolę zewnętrznego konsorcjum. Można to tłumaczyć tym, że Berlin potrzebuje jeszcze tranzytu przez Ukrainę w rozmiarze jakichś 30 mld m³ rocznie (póki nie będzie można skorzystać z całych mocy Nord Stream 2). Reszta możliwości systemu ukraińskiego Niemców nie interesuje. Nawet częściowe utrzymanie tranzytu pozwoliłoby Niemcom mówić, że dotrzymali słowa, zapewniając Kijów, że Nord Stream 2 nie zagrozi przesyłowi rosyjskiego gazu przez Ukrainę. Jeśli ktoś po stronie ukraińskiej miał jeszcze jakieś złudzenia co do pomocy niemieckiej w powiązanych ze sobą kwestiach Nord Stream 2 i rosyjskiego tranzytu przez Ukrainę, to powinien je stracić na przełomie listopada i grudnia 2018 r. Po ostrzelaniu i zajęciu ukraińskich okrętów wojennych w rejonie Cieśniny Kerczeńskiej chadecki minister gospodarki Peter Altmaier oświadczył, że kwestia Nord Stream 2 powinna być wyłączona z dyskusji dotyczącej reakcji na rosyjskie działania w konflikcie wokół Krymu.

Bruksela i instytucje unijne generalnie sprzyjają postulatom ukraińskim, problem w tym, że chyba w żadnej innej kwestii nie widać tak mocno, że europejska solidarność to mit, a ostatnie słowo na ogół należy do Berlina. Zwolennikiem utrzymania rosyjskiego tranzytu przez Ukrainę na bezpiecznym poziomie jest wiceszef Komisji Europejskiej. 25 maja 2018 r. w Brukseli Maroš Šefčovič mówił, że „rurociągi ukraińskie to najważniejsza droga transportowa rosyjskiego gazu do Europy”. Przypomniał oficjalne stanowisko KE, według którego Ukraina powinna pozostać ważnym krajem tranzytowym rosyjskiego gazu także po wygaśnięciu kontraktu pomiędzy Naftohazem i Gazpromem. Jednak póki co trójstronne rozmowy w tej sprawie, z udziałem Rosji, Ukrainy i Komisji Europejskiej nie dają żadnych rezultatów. W tej kwestii dla Moskwy liczy się tylko stanowisko Berlina. Amerykanie otwarcie mówią, że nie wierzą w skuteczność wysiłków Niemiec mających na celu uzyskanie od Rosji gwarancji utrzymania tranzytu gazu do Europy przez Ukrainę (Sandra Oudkirk z Departamentu Stanu: „Nie wierzymy w skuteczność takich gwarancji”). Tyle, że w zamian USA nie oferują konkretnych rozwiązań. Podczas gdy z każdym miesiącem bliżej do finalizacji najgorszego dla Kijowa scenariusza: powstaje Nord Stream 2, zaś Gazprom redukuje drastycznie tranzyt przez Ukrainę. Wydaje się, że strona ukraińska ma coraz mniejsze pole manewru i pozostaje jej skupić się na szukaniu sposobów złagodzenia konsekwencji zakręcenia kurka przez Rosjan. Jednocześnie może liczyć na opóźnienia w realizacji Nord Stream 2 i legislacyjne działania UE powodujące znaczący wzrost kosztów dostaw gazu przez rurociąg na dnie Bałtyku. Scenariusz optymalny z punktu widzenia Kijowa, czyli całkowite wstrzymanie budowy gazociągu w wyniku choćby nałożenia sankcji przez USA, wydaje się być już tylko teoretycznym.

Wszystkie teksty (oprócz zdjęć) opublikowane przez Warsaw Institute mogą być rozpowszechniane pod warunkiem podania ich pochodzenia.

Powiązane wpisy
Top