RAPORTY SPECJALNE

Data: 7 października 2019 Autor: Grzegorz Kuczyński

Przyszłość Turcji w NATO po zakupie S-400

Ankara sfinalizowała umowę z Rosją: latem 2019 roku pierwsze elementy rosyjskich systemów rakietowych S-400 trafiły do Turcji. Prezydent Recep Tayyip Erdogan nie uległ presji USA. Determinacja Ankary w sprawie zakupu S-400 zaognia relacje Turcji z USA, ale też może wpływać na stosunki z innymi członkami NATO.

  • Zakup nowoczesnego rosyjskiego uzbrojenia przez Turcję to duży problem dla jej partnerów z NATO. Obecność S-400 w tureckiej armii może zagrażać bezpieczeństwu całego Sojuszu. Turcja osłabia militarne możliwości odstraszania Rosji przez NATO. Teraz można oczekiwać ograniczenia współpracy militarnej z Turkami.
  • Strona turecka dąży do przedstawienia kryzysu wokół zakupu S-400 jako problemu w dwustronnych relacjach z USA, który nie powinien wpływać na pozycję Ankary w NATO. Jednocześnie widać w Brukseli dążenie do łagodzenia problemu i niechęć do zaostrzania relacji z Ankarą.
  • Zakup S-400 przez Turcję zmusza jednak do postawienia pytania o sojusz Ankary z NATO i intencje Turków. Zerwania sojuszu jednak nie będzie, gdyż jego utrzymanie opłaca się obu stronom. Tak więc pozyskanie rosyjskich systemów i wywołany tym faktem poważny kryzys, głównie na linii Ankara-Waszyngton, nie jest preludium do zakończenia członkostwa Turcji w NATO.
  • Na kryzysie wokół S-400 najwięcej zyskuje Rosja, ale tylko taktycznie. Zresztą Moskwa wie, że trwały sojusz z Ankarą nie jest realny, więc gra krótkoterminowo na osłabienie NATO. Rosja nie jest dla Turcji alternatywą ani w wymiarze militarnym, ani handlowym, ani tym bardziej technologicznym. Kraje mają sprzeczne interesy w Syrii i na Kaukazie. W Moskwie jest też silne antytureckie lobby. Dlatego Turcja – jeśli chce utrzymać ważną pozycję mocarstwa regionalnego – skazana jest na współpracę z Zachodem, nie Rosją.

Prezydent Rosji i Turcji w Ankarze, 16 września 2019. ŹRÓDŁO: KREMLIN.RU
Pierwsze doniesienia o rozmowach Moskwy i Ankary w sprawie zakupu rakietowego systemu obrony powietrznej S-400 pojawiły się w listopadzie 2016 roku. Kontrakt oficjalnie potwierdzono we wrześniu 2017 roku. Turcja kupiła cztery baterie (dywizjony) S-400 za ok. 2,5 mld dolarów. Pierwsze komponenty systemu znalazły się w Turcji 12 lipca. Ankara zakupiła rosyjskie uzbrojenie mimo negatywnego stanowiska zachodnich sojuszników. Spór wokół S-400 nie jest źródłem kryzysu na linii Ankara-Waszyngton (Zachód). To konsekwencja wcześniejszych napięć i zarazem eskalacja trwających od kilku co najmniej lat napięć w stosunkach turecko-amerykańskich, i szerzej turecko-zachodnich.

Sojusznicy Turcji z NATO wskazują, że rosyjski system S-400 w tureckiej armii może sprawić, że „niewidzialne” amerykańskie myśliwce F-35, w których produkcji Turcja uczestniczy i które chce kupić, mogą stać się widzialne dla Rosjan. Istnieje zagrożenie, że radary zainstalowane w S-400 mogą nauczyć się dostrzegać i śledzić F-35. Wystarczy, że Rosja zachowa przynajmniej częściową kontrolę nad dostarczonymi Turcji zestawami. Formalnie sojusznicy Turcji protestują przeciwko zakupowi sprzętu niekompatybilnego z systemami sojuszniczymi. Zakup S-400 może ograniczyć skłonność innych państw sojuszniczych do udziału w ćwiczeniach NATO na terenie Turcji przy wykorzystaniu najnowszego sprzętu, jeśli będą się obawiać by określone tajemnice nie wpadły w ręce Rosjan. Turcja zapewnia, że nie chce wpinać S-400 do systemu NATO. Problem w tym, że to nie rozwiewa obaw, iż informacje o zdolności S-400 do wykrywania F-35 trafią do Rosji. Jeszcze w maju 2019 roku minister obrony Turcji Hulusi Akar zwrócił uwagę, że już wcześniej inni członkowie NATO pozyskali rosyjskie systemy rakietowej obrony przeciwlotniczej. Oczywiście chodzi tu o Grecję, która od 2007 roku posiada S-300. A to nie jedyny system rosyjski na uzbrojeniu Aten.

Kupując S-400 Turcja automatycznie znalazła się pod działaniem sankcji z pakietu CAATSA, zabraniającego wojskowym partnerom USA zakupu broni rosyjskiej. Kilku członków amerykańskiego Kongresu wezwało do anulowania dostaw F-35 dla Ankary i nałożenia sankcji na tureckich urzędników zaangażowanych w porozumienie z Rosją. Wykluczenie Turków z programu F-35 jest przesądzone. Ale sam Trump zdecyduje o tym, czy sankcje wobec Ankary wejdą w życie. A ten bynajmniej nie śpieszy się z nakładaniem sankcji na Turcję w związku z zakupem rosyjskiego systemu obrony przeciwlotniczej, choć zobowiązuje go do tego ustawa uchwalona przez Kongres w 2017 r. Należy przy tym pamiętać, że sprawa S-400 to wcale nie początek kryzysu na linii Ankara-Waszyngton. To kolejny etap kryzysu, wynikający w dużej mierze z wcześniejszych tarć. Tak naprawdę bowiem od 2003 roku rząd Erdogana nie pomaga USA na Bliskim Wschodzie. Wręcz przeciwnie. Najpierw Ankara nie zgodziła się na wykorzystanie jej terytorium do inwazji na Irak, teraz ściera się z USA w kwestii Kurdów syryjskich i prowadzi konfrontacyjną politykę wobec Izraela, Egiptu czy Arabii Saudyjskiej. Do tego dochodzi współpraca z Rosją i Iranem (format astański) i wspieranie pewnych islamistycznych organizacji (choćby w Syrii). Innym źródłem animozji turecko-amerykańskich jest polityka wewnętrzna Erdogana oraz żądanie Ankary wydania przebywającego w USA Fethullaha Gülena. Wszystko to wynika z przyjętej jeszcze w 2002 roku i realizowanej przez partię Erdogana AKP strategii przebudowy państwa. Turcja coraz mniej jest komealistyczna, a coraz więcej w niej akcentów islamistycznych. Przestaje być forpocztą Zachodu na Bliskim Wschodzie, a staje się samodzielnym regionalnym mocarstwem.

Elementy S-400 rosyjskie lotnictwo transportowe dostarcza do bazy niedaleko Ankary. ŹRÓDŁO: MSB.GOV.TR

Nie należy więc bagatelizować – jako czynnika współdecydującego o zakupie S-400 – spięć Turcji z USA i związanych z polityką Erdogana antyamerykańskich nastrojów w społeczeństwie tureckim. Przy gospodarczych problemach kraju turecki prezydent tym uważniej musi wsłuchiwać się w głos ludu. A tymczasem niedawne badania opinii publicznej przeprowadzone przez stambulski Uniwersytet Kadrir Has pokazują, że za zagrożenie dla Turcji uznaje USA aż 81 proc., zaś Rosję tylko 44 proc. Mniej niż 5 proc. badanych powiedziało, że USA, Wielka Brytania czy Francja to przyjaciele Turcji.  Nic dziwnego, że   44 proc. respondentów stwierdziło, że Turcja powinna zakupić system S-400 mimo zastrzeżeń NATO i zapowiedzi nałożenia sankcji przez USA. Tylko 25 proc. było przeciwnego zdania.[1] Tak negatywnego stosunku do Zachodu i NATO Turcy nie mieli od początku swego związku z Sojuszem.

Wesprzyj nas

Jeżeli przygotowane przez zespół Warsaw Institute treści są dla Państwa przydatne, prosimy o wsparcie naszej działalności. Darowizny od osób prywatnych są niezbędne dla kontynuacji naszej misji.

Wspieram

Turcja w NATO

Tradycyjna wrogość do Rosji czyniła z Turcji po drugiej wojnie światowej idealnego sojusznika USA. Turcja była pierwszym, po USA, krajem, który odpowiedział na wezwanie ONZ do pomocy wojskowej Korei Południowej zaatakowanej przez komunistyczną Północ. W październiku 1950 roku pierwsza turecka brygada wylądowała na Półwyspie Koreańskim. Łącznie Ankara wysłała na koreańską wojnę cztery brygady (ponad 20 000 żołnierzy). Turcja robiła wtedy wszystko, aby znaleźć się w NATO. Stało się to ostatecznie faktem 18 lutego 1952 roku. Turcja była jednym z najwierniejszych i najsilniejszych sojuszników USA i NATO, zabezpieczając strategicznie ważną południowo-wschodnią flankę. Gdyby zimna wojna przeszła w fazę gorącą, liczna turecka armia skutecznie związałaby Sowietów na Bałkanach i na Kaukazie. W zamian za sojusz i blokowanie ZSRS od południa, Amerykanie dali Turkom nuklearne gwarancje. Z drugą pod względem wielkości armią NATO i bliskimi relacjami z USA Ankara blokowała w dużym stopniu wyjście ZSRS na Bliski Wschód.

Należy pamiętać, że już raz w przeszłości doszło do poważnego kryzysu w relacjach Turcji z sojusznikami z NATO. Chodzi o 1974 rok i turecką inwazję na Cypr. „Turecki odwrót” z NATO zapoczątkowało jednak dopiero dojście do władzy islamistycznego rządu Erdogana w listopadzie 2002.  Kolejny poważny kryzys wystąpił po inwazji Cypru w 2003 r. Ponadto świeżo upieczony premier Erdogan zadbał, żeby parlament turecki nie dał USA zgody na wykorzystanie terytorium Turcji do inwazji na Irak. We wrześniu 2010 roku w tureckiej przestrzeni powietrznej doszło do wspólnych turecko-chińskich ćwiczeń lotniczych. To był pierwszy w historii przypadek, gdy armia członka NATO przeprowadziła wspólne ćwiczenia z Chinami. Jeszcze w 2004 roku członkostwo Turcji w NATO popierało 53 proc. Turków. Siedem lat później już tylko 37 proc. W 2012 roku Turcja przystąpiła, jako partner dialogu, do Szanghajskiej Organizacji Współpracy zrzeszającej Rosję, Chiny, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan i Uzbekistan. Obecnie Pekin i Moskwa są gotowe rozmawiać o pełnoprawnym udziale Turcji w SzOW.[2]

Powodem kryzysu na linii Ankara-sojusznicy z NATO nie jest nawet autorytarny styl rządów Erdogana i islamizacja państwa. Punktem zwrotnym był konflikt syryjski. Turcy mieli pretensje do sojuszników z NATO, że zostawiają Ankarę samą w obliczu rosnącego zagrożenia z tego kierunku. I Erdogan nie miał tu wcale na myśli Asada czy dżihadystów, ale Kurdów. Tymczasem USA wspierały walczące z Państwem Islamskim oddziały kurdyjskiej milicji YPG. Swoje zrobiła też chwiejna polityka Baracka Obamy wobec syryjskiego reżimu. W czasie, gdy Ankara – jeszcze – jednoznacznie opowiadała się za obaleniem Asada, Obama – mimo wcześniejszych zapowiedzi – nie użył siły (w dużym stopniu przekonany przez Rosjan) aby ukarać reżim w Damaszku za użycie broni chemicznej.

W 2016 roku, po rozbiciu próby wojskowego puczu w Turcji, ówczesny sekretarz stanu USA John Kerry potępił turecki rząd za brutalne represje wobec politycznych przeciwników i ostrzegł, że stawia to pod znakiem zapytania członkostwo Ankary w NATO. Relacje między Ankarą a kwaterą główną w Brukseli popsuło „polowanie na czarownice” po próbie puczu w Turcji, gdy dla Erdogana najbardziej podejrzaną kategorią oficerów armii byli ci służący w strukturach NATO. Ofiarami czystek padli przede wszystkim oficerowie dysponujący wieloletnimi kontaktami z partnerami z armii sojuszniczych, co poważnie nadwyrężyło zarówno zaufanie do armii tureckiej, jak i kanały nieformalnej komunikacji.

Decydujące było otwarte wejście do syryjskiego konfliktu Rosji. Początkowo wywołało to potężny kryzys w relacjach Ankary z Moskwą – szczególnie po zestrzeleniu rosyjskiego samolotu przez Turków. Moskwa odpowiedziała zwiększeniem zaangażowania militarnego w regionie oraz wojną handlową z Turkami. Ankara była wtedy gorącym zwolennikiem eliminacji Asada. Minęło nieco ponad pół roku i nastąpił gwałtowny zwrot w relacjach turecko-rosyjskich. Bardzo szybko stojące niemal na krawędzi wojny państwa zaczęły blisko współpracować. Z punktu widzenia Ankary chodzi o gospodarkę (rosyjski rynek zbytu, turyści, budowa elektrowni atomowej, gaz z Rosji) i przede wszystkim Syrię. Erdogan postawił w tej kwestii na bliską współpracę z Moskwą i Teheranem (tzw. format astański), tym bardziej, że nie miał za bardzo innego wyjścia, jeśli chodzi o możliwość doboru partnerów na syryjskim teatrze wojennym. Z Izraelem relacje są fatalne, a z USA stawały się coraz gorsze (sprawa Gulena) – tym bardziej, że Amerykanie mocno wspierają Kurdów, którzy okazali się skutecznym sojusznikiem w wojnie z IS w Syrii. Na dodatek Ankara zacieśniła w Zatoce współpracę z Katarem, co oznacza pogorszenie relacji z Arabią Saudyjską i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi.

NEWSLETTER

Zapisz się

Turcja od dawna chciała zakupić systemy rakietowej obrony przeciwlotniczej. Kilka lat temu blisko było transakcji z Chinami, ale naciski sojuszników zachodnich spowodowały, że ten kontrakt nie wypalił. Na fali coraz bliższej współpracy z Putinem, Erdogan postanowił więc kupić rosyjskie S-400. Rosja i Turcja porozumiały się ws. dostaw tych systemów za 2,5 mld dolarów jeszcze pod koniec 2017 roku. Od tamtej pory Waszyngton usiłował odwieść Turków od tego zakupu – bezskutecznie (pod koniec 2018 r. USA zaproponowały Ankarze systemy Patriot, ale za 3,5 mld dolarów). Trump ma wiele racji, winiąc za obecną sytuację poprzednią administrację. To Barack Obama i ówczesny Kongres blokowały sprzedaż Patriotów Turcji. To, jak i rosnące poczucie izolacji w świecie zachodnim Turcji, wykorzystała Rosja. Moskwa sprytnie podsyciła, a w pewnym sensie sama współtworzyła konflikt pomiędzy Turcją, a USA i NATO.

Bliżej Moskwy

Proporcjonalnie do pogarszania się stosunków z USA, Ankara poprawia relacje z Rosją. Sytuacja w Syrii, będąca długo jednym z głównych punktów spornych, stała się od 2016 roku elementem zbliżenia. Po kryzysie z jesieni 2015 roku (Turcy zestrzelili rosyjski S-24 niedaleko granicy syryjsko-tureckiej), już po pół roku doszło do gruntownego zwrotu. Ankara stała się partnerem Moskwy w Syrii, ale też podpisała umowy zacieśniające współpracę gospodarczą, a wreszcie zakupiła S-400. Erdogan wykorzystuje zbliżenie z Putinem jako kartę przetargową wobec Waszyngtonu. Dla Kremla jest to natomiast świetna okazja do osłabienia NATO. Przed Putinem otworzyły się możliwości osłabienia głównego przeciwnika, o jakich jeszcze kilka lat temu mógł tylko marzyć. Sprzedając S-400 Turcji Rosja nie tylko zarabia 2,5 mld dolarów, ale też może zadać poważny cios NATO. Długofalowym celem Kremla jest ograniczenie roli Turcji w strukturach militarnych NATO i zwiększenie współpracy wojskowej Ankary z Moskwą. Moskwa ucieszyłaby się, gdyby rozgniewana sankcjami amerykańskimi Turcja zerwała współpracę z NATO analogicznie, jak zrobiła to Francja Charlesa de Gaulle’a w 1966 roku. I zamknęła bazy USA. Celem Putina nie jest jednak wcale całkowite opuszczenie Sojuszu przez Turcję. Lepiej, jeśli Turcy formalnie pozostaną w Sojuszu, odgrywając de facto rolę „konia trojańskiego” Rosji w NATO. Ograniczenie roli Turcji w NATO, nie wspominając o jej ewentualnym wyjściu z Sojuszu, to nie tylko cios w ten militarny blok, ale też uderzenie w amerykański system sojuszy i zależności na Bliskim Wschodzie, którego krytycznym elementem wciąż jednak jest Ankara.

Prezydenci Rosji i Turcji na targach zbrojeniowych MAKS-2019 pod Moskwą (sierpień 2019). ŹRÓDŁO: KREMLIN.RU

Rosja nie jest jednak alternatywą dla Turcji. Ankara nie postrzega Kremla jako godnego zaufania sprzymierzeńca. Erdogan używa Rosji jako karty przetargowej w relacjach z Zachodem. Władimir Putin też zdaje sobie sprawę, że trwała współpraca Rosji z Turcją nie jest realna, więc wykorzystuje obecne warunki do jak największego osłabienia NATO. Geopolityka skazuje Rosję i Turcję na rywalizację, a nie sojusz. Nie należy zapominać, że aż do upadku Cesarstwa Rosyjskiego, Turcy prowadzili z Rosjanami 17 znaczących wojen, w większości przez Turcję przegranych. Zresztą również wejście Turcji do NATO w XX w. dyktowane było obawami przed ekspansją Moskwy. „Rosja nie może zastąpić Ameryki czy NATO, ponieważ Turcji i Rosji nie łączą strategiczne interesy” – uważa były ambasador Selim Kuneralp. „Nie zgadzają się w kwestii o krytycznym znaczeniu dla Turcji, jak Cypr, czy też w wielu kwestiach dotyczących Bałkanów, Kaukazu czy Syrii” – dodaje. Były dyplomata wskazuje, że ostatnie 300 lat upłynęło pod znakiem wrogości między Turcją a Rosją. Nawet teraz granic Armenii przed Turcją chronią rosyjskie siły. Putina i Erdogana łączy tylko niechęć (wrogość?) do USA i Europy.[3]

Czwartego kwietnia 2019 roku wiceprezydent USA Mike Pence, przemawiając w Waszyngtonie z okazji 70. rocznicy powstania NATO, użył stanowczych słów: „Turcja musi dokonać wyboru. Czy chce pozostać kluczowym partnerem w najskuteczniejszym sojuszu militarnym w historii, czy chce ryzykować bezpieczeństwo tego partnerstwa podejmując takie lekkomyślne decyzje, które podważają nasz sojusz?”.[4] Determinacja Ankary w realizacji kontraktu na S-400 spowodowała bowiem, że nie tylko USA, ale też coraz więcej innych członków NATO stawia pod znakiem pytania sens członkostwa Turcji w Sojuszu. Pytanie, czy wyrzucenie Turcji z NATO ma sens i czy przyniesie korzyści stronom sporu?

Zwolennicy usunięcia Turcji z NATO wskazują, że współpraca Ankary z Rosją jest sprzeczna z podstawowymi zasadami Sojuszu i czyni z tego kraju nie sojusznika, a przeciwnika. Takich głosów nie brakuje w kręgach amerykańskich neokonserwatystów. Ale po drugiej stronie też są środowiska, które z zadowoleniem przyjęłyby wyjście Turcji z NATO, szczególnie te ultranacjonalistyczne. Oni z kolei twierdzą, że członkostwo w Sojuszu Ankarze się nie opłaca, bo i tak Turcy nie otrzymują od sojuszników wystarczającego wsparcia przeciwko swym śmiertelnym wrogom. Tureccy krytycy NATO wskazują np. że USA i Francja wspierają kurdyjską formację zbrojną YPG w północnej Syrii. Ankara uważa ją za organizację terrorystyczną powiązaną z PKK. Wśród zwolenników takiego stanowiska jest nieoficjalny koalicyjny partner Erdogana, Devlet Bahceli, szef skrajnie prawicowej Partii Ruchu Narodowego. To on w czerwcu 2019 publicznie oświadczył, że przyszedł czas na dyskusję na temat członkostwa Turcji w NATO. Zareagował w ten sposób na list szefa Pentagonu Patricka Shanahana do ministra obrony Turcji Hulusiego Akara, w którym Amerykanin grozi konsekwencjami zakupu S-400. Bahceli powiedział, że Turcja musi natychmiast zacząć dyskusję na temat jej międzynarodowych związków, zaczynając od NATO. [5]

Jednakże 12 lipca 2019, gdy pierwsze dostawy S-400 dotarły do Turcji, minister obrony Hulusi Akar telefonicznie rozmawiał z p.o. szefa Pentagonu, Markiem Esperem. Po tej rozmowie turecki resort obrony wydał komunikat, w którym podkreślał, że zachodnia orientacja strategiczna Turcji nie uległa zmianie, z zastrzeżeniem, że pogorszenie stosunków nie będzie służyć ani interesom Turcji, ani USA, ani NATO. Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan powiedział 6 maja 2019 roku, że decyzja tureckiego rządu o zakupie rosyjskiego systemu obrony przeciwrakietowej S-400 nie oznacza, że Ankara poszukuje alternatyw w stosunkach międzynarodowych. O swojej lojalności wobec NATO Erdogan zapewnił w Ankarze podczas spotkania z sekretarzem generalnym Sojuszu Jensem Stoltenbergiem. Erdogan powiedział również, że liczy na wsparcie ze strony NATO w tureckich planach przeprowadzenia odwiertów w poszukiwaniu węglowodorów na wodach wyłącznej strefy ekonomicznej Cypru.[6] Wykluczanie Turcji z NATO nie ma politycznego ani militarnego sensu. Szczególnie, że nie jest powiedziane, jak długo władzę utrzyma Erdogan i jak długo będzie prowadzony obecny kurs polityczny Ankary. Sojusz powinien wykazać się cierpliwością. Turcji również nie opłaca się zrywania z NATO. Jeśli nie Sojusz, to jaki sprzymierzeniec? Rosja? Chiny?

Rachunek zysków i strat

Sojusz przynosi korzyści dla bezpieczeństwa obu stron. Choć taktycznie mamy do czynienia ze zbliżeniem Turcji z Rosją, to strategicznie Ankara wie, że właśnie członkostwo w NATO jest dla niej ważne jako element negocjacyjny. Turcja poza NATO będzie mniej bezpieczna, także wobec Rosji. Członkostwo w Sojuszu zabezpiecza też Turcję przed regionalnymi rywalami. Żaden z nich nie porwie się na wojnę z członkiem NATO, sprzymierzeńcem USA. Co innego Turcja poza blokiem militarnym. Państwo Erdogana nie jest na tyle samodzielne w sferze bezpieczeństwa i silne militarnie (technologicznie) by pozwolić sobie na strategiczną samodzielność. Obecność w Sojuszu zapewnia się też dobre relacje z innymi państwami NATO – chodzi przede wszystkim o Grecję. Biorąc pod uwagę wieloletni spór Ankary z Atenami, Turcy muszą brać pod uwagę, że gdyby w przyszłości doszło do jakiegoś zbrojnego konfliktu z Grecją, to właśnie Ateny miałyby wsparcie NATO, a nie pozostająca poza blokiem Turcja. Ankara nie może też pozwolić sobie na utratę atomowego parasola NATO, biorąc pod uwagę fakt, że jeden sąsiad (Rosja) posiada broń jądrową, a drugi (Iran) może ją w przyszłości uzyskać.

Przez ponad sześć dekad NATO mocno zainwestowało w sojusz z Turkami, w rozbudowę militarnej infrastruktury. Jednym z kluczowych argumentów za utrzymywaniem jak najlepszych relacji z Turcją przez pozostałe państwa NATO są leżące w Turcji bazy, z Incirlik (150 km od granicy Syrii) na czele. To ważny obiekt dla działań amerykańskiego lotnictwa nad Syrią. Z kolei baza Kürecik odgrywa ważną rolę w ochronie Europy i USA przed atakiem rakietowym ze strony Iranu. Wyłączenie radarów w Kürecik poważnie osłabiłoby tarczę antyrakietową. Emerytowany generał Ali Er w wywiadzie dla „Cumhuriyet” mówił o systemie radarowym w Kurecik jako ważnym elemencie natowskiej tarczy antyrakietowej (Ballistic missile defence – BMD). Gdyby NATO wycofało się z Kurecik, Ankara nie miałaby wyboru – musiałaby szukać innego systemu radarowego zabezpieczającego przez rakietami z Iranu, bo sama nie jest w stanie takiego wyprodukować.[7] Jeśli Turcja znajdzie się poza NATO, Sojusz straci już jakiekolwiek możliwości wpływu na sytuację w strategicznych cieśninach łączących Morze Czarne z Morzem Śródziemnym. Z perspektywy NATO wyjście Turcji z sojuszu to na pewno jego osłabienie. A potencjalne zbliżenie Ankary z Moskwą na Morzu Czarnym i Morzu Śródziemnym to już byłby naprawdę wielki problem. Jako kraj muzułmański Turcja niejako automatycznie daje NATO legitymację do realizowania misji w świecie islamu, choćby w Afganistanie czy Libii. Turcy są też w misji pokojowej w muzułmańskim Kosowie.

Turecka marynarka wojenna jest ważnym elementem sił morskich NATO we wschodniej części Morza Śródziemnego. ŹRÓDŁO: MSB.GOV.TR

Ale również Turcji nie zależy na opuszczeniu NATO. W kluczowej dla Ankary kwestii Kurdów Turcy znaleźli się po przeciwnej stronie niż Amerykanie, ale to nie zmienia faktu, że geopolitycznie Turcja i Rosja były, są i będą rywalami. A nowym punktem zwrotnym w relacjach tych państw znów może być rozwój wydarzeń w Syrii (kwestia rebelianckiej enklawy w Idlib). Ze strony rządu tureckiego nie ma w ogóle tematu wychodzenia z NATO. Sama Bruksela stara się łagodzić konflikt. Podczas wizyty w Ankarze 6 maja 2019 Jens Stoltenberg dziękował Turcji za wkład w misje NATO w Afganistanie i Kosowie. Nie wydaje się, by w stolicach państw NATO ktoś w ogóle myślał poważnie o wyrzucaniu Turcji z Sojuszu. To bardzo ważny członek NATO, z powodów zarówno historycznych, jak i geopolitycznych. Jak stwierdził na jednej z konferencji Stoltenberg, „Turcja, jako członek NATO, to dużo więcej niż S-400”.[8] W Traktacie Północnoatlantyckim nie ma zresztą słowa na temat usuwania jakiegoś państwa członkowskiego z szeregów NATO, nie jest to w żaden sposób zapisane. To członek Sojuszu może sam wystąpić z jego szeregów, jeśli tak zdecyduje. Mówiąc krótko, właściwie nikt nie wie, w jaki sposób NATO mogłoby wyrzucić Turcję. Ale jeśli nawet Ankara nie zostanie wydalona z NATO czy też zdecyduje, że jednak zostaje w Sojuszu, to nie oznacza, że nie są możliwe pewne kroki wobec niej poważnie ograniczające faktyczny zakres jej członkostwa, izolujące je w ramach organizacji. Turcja może być wykluczona z kluczowych programów Sojuszu.

Na razie jednak Erdogan chce mieć S-400, wiedząc, że Zachód nie pójdzie na eskalację w relacjach. Erdogan doskonale wie, że wykluczenie Turcji z NATO jest nierealne. Zachodnie operacje militarne na Bliskim Wschodzie w dużym stopniu zależą od tureckiego zaangażowania. Ankara będzie więc próbowała lawirować między Moskwą, a Waszyngtonem i Brukselą, aby umocnić swoją pozycję i zrealizować cele. To będzie trudne zadanie, po zakupie rosyjskiej broni, by obie strony znalazły kompromis, ale niewątpliwie będą go szukać. Wykluczanie z NATO położonego strategicznie kraju z tak dużą armią nie opłaca się Sojuszowi, ale też nie chce tego sama Turcja, która znalazłaby się osamotniona między Rosją, a Iranem i Syrią. Dziś taktycznymi sojusznikami, ale kto wie, jak będzie jutro? Zakup S-400 i związane z tym pogorszenie relacji Turcji z USA i osłabienie pozycji Ankary w NATO mogą skończyć się nie wzmocnieniem pozycji tureckiej i większą samodzielnością w sferze bezpieczeństwa, ale tym, że Ankara będzie uzależniona nie tylko od NATO, ale i od Rosji.


Wszystkie teksty (oprócz zdjęć) opublikowane przez Warsaw Institute mogą być rozpowszechniane pod warunkiem podania ich pochodzenia.

Powiązane wpisy
Top