THE WARSAW INSTITUTE REVIEW

Data: 5 czerwca 2017    Autor:

Restytucja mocarstwowości (Reconstruction of Power) – polityka zagraniczna Niemiec po wrześniowych wyborach (próba prognozy)

Priorytetem nowego niemieckiego gabinetu, który zostanie sformowany po wyborach we wrześniu 2017 roku, będzie próba odbudowa pozycji międzynarodowej i wyjścia z izolacji, w jakiej Niemcy znalazły się w latach 2015-16.


© Michael Ukas (EPA/POOL)

Jakkolwiek nie uda mu się tego zadania w pełni zrealizować, to stopniowo będzie poprawiał relacje z najważniejszymi partnerami. Wbrew obecnym deklaracjom zawdzięczać to będzie nie ożywieniu współpracy z Francją, lecz z Ameryką i Europą Środkową. Te wysiłki doprowadzą prawdopodobnie do powstania nowej konstelacji międzynarodowej w Europie, która winna zostać wykorzystana przez Polskę.

 

Granice potęgi

Problemem Niemiec jest ich mocarstwowa nieokreśloność. Nie mają zasobów, ażeby stać się pełnoprawnym mocarstwem globalnym, z drugiej jednak strony są zbyt silne, ażeby czerpać satysfakcję z faktu, że są istotnym graczem w regionie europejskim, a nawet – w eurazjatyckim. Ten tzw. paradoks potęgi powoduje, że nie są w stanie zdobyć pozycji hegemonicznej, albowiem jeśli tego próbują to zawsze kończy się to fiaskiem, że względu na skąpość zasobów.

Podstawowa słabość Niemiec wynika ze szczupłości zasobów militarnych (brak broni atomowej i ekspedycyjnych sił zbrojnych), dzięki którym mogłyby w istotny sposób wpływać na globalną równowagę sił. Jest ona w pewnej mierze samozawiniona, gdyż najważniejsi partnerzy regionalni Berlina przeznaczają na siły zbrojne znacznie więcej środków i to mimo gorszej sytuacji budżetowej i gospodarczej. Według danych SIPRI w roku 2016 Niemcy wydały na obronę 1,2% PKB, Francja – 2,3%, Wielka Brytania 1,9%, Rosja – 5,3%, Chiny 1,9%, a USA – 3,3%.

Na niemiecki potencjał negatywnie wpływa katastrofa demograficzna, której skutki będą coraz dotkliwiej odczuwane już przyszłej dekadzie, gdy na emerytury przejdzie pokolenie powojennego wyżu demograficznego. Drastycznie zwiększy się bowiem liczba beneficjentów państwa dobrobytu, a zmniejszy liczba pracujących na jego utrzymanie. Wbrew nadziejom imigracja nie jest receptą służącą rozwiązaniu tego problemu. Zdecydowana większość imigrantów prawdopodobnie będzie adresatami pomocy socjalnej. A zatem fala migracyjna, jaka uderzyła w Niemcy w latach 2016/15, raczej zaostrzy skutki kryzysu ludnościowego, ponieważ przyjęcie ok. miliona imigrantów  kosztowała przeszło 20 mld euro. Nota bene, gdyby Niemcy przeznaczyły tę kwotę na wojsko, to byłyby bliskie osiągnięcia granicy 2% PKB na obronę. Nie ulega więc wątpliwości, że procesy demograficzne, a przede wszystkim starzenie się społeczeństwa niemieckiego i coraz bardziej obciążające budżet wydatki na imigrantów, będą czynnikiem długofalowo osłabiającym potencjał mocarstwowy Berlina.

Swoją pozycję mocarstwową Niemcy zawdzięczają przede wszystkim zasobom ekonomicznym i administracyjnym. Niemiecka gospodarka obecne sukcesy zawdzięcza reformom przeprowadzony na początku wieku przez socjaldemokratycznego kanclerza Gerharda Schrödera, który uelastycznił niemiecki rynek pracy. W efekcie w ciągu ostatniej dekady koszty pracy rosły w RFN najwolniej w porównaniu z innymi krajami europejskimi. A to z kolei zaowocowało wzrostem konkurencyjności niemieckiej gospodarki. Najbardziej wymiernym efektem tych reform są rekordowe nadwyżki bilansu handlowego. Według danych  Federalnego Urzędu Statystycznego w Wiesbaden Niemcy wyeksportowały w 2016 roku towary o wartości 1 207,5 mld euro, a wartość importu wyniosła 954,6 mld euro. Nadwyżka w handlu zagranicznym osiągnęła tym samym rekordowy poziom 252,9 mld euro, czyli przeszło 8% niemieckiego PKB (w roku 2015 wyniosła ona 244,3 mld euro). Na dodatek budżet zanotował większe dochody, aniżeli wydatki. Ta wyjątkowa sytuacja odgrywa kluczową rolę w stosunkach z najważniejszymi partnerami Berlina.

Drugim obok gospodarki kluczowym zasobem mocarstwowym Niemiec jest dyplomacja. Berlin chce stać się państwem nieodzownym dla istnienia i działania wielu konstelacji międzynarodowych, i to zarówno tych globalnych, jak i regionalnych. Realizuje tym samym, starą zasadę kanclerza Ottona von Bismarcka, zgodnie z którą Niemcy ze swoimi najważniejszymi partnerami powinni mieć lepsze stosunki, aniżeli ci pomiędzy sobą.  Dzięki temu odgrywają rolę globalnego sworznia (pivot).

Można wyodrębnić cztery najistotniejsze dla pozycji Niemiec konstelacje:

1/ globalną, w której najważniejszym partnerem są Stany Zjednoczone;

2/ kontynentalną (eurazjatycką), którą konstytuują relacje z Rosją i Chinami;

3/ regionalną (europejską), gdzie kluczowa jest współpraca z Francją i wreszcie

4/ subregionalną (środkowoeuropejską), dla której podstawowe znaczenie mają relacje z Polską.

W pierwszych dwóch konstelacjach Berlin stara się odgrywać rolę stabilizatora układu równowagi sił, natomiast w dwóch ostatnich – rolę przywódczą. W ciągu ostatnich kilku lat rola RFN w każdym z tych układów sił wyraźnie słabła. (Szczegółowo problem ten omawiała analiza zamieszczona w poprzednim numerze WIR – tu odnośnik). RFN znalazła się stanie quasi-izolacji, częściowo wskutek niezależnych przyczyn wewnętrznych (np. kryzys finansowy), częściowo wskutek swoich własnych błędów (np. polityka migracyjna w drugiej połowie roku 2015).

Dlatego prognoza, że nowy sformowany po wrześniowych wyborach rząd federalny będzie starał się poprawić pozycję Niemiec, wydaje się mało ryzykowna, jeśli nie oczywista. I to niezależnie od tego, kto zwycięży. W chwili pisania tej analizy (koniec czerwca 2017 r.) według sondaży opinii publicznej najbardziej prawdopodobne było zwycięstwo CDU/CSU i kontynuacja koalicji z SPD lub utworzenie nowej z liberalną FDP.

Obecna koalicja chadecko-socjaldemokratyczna już na początku 2017 r. dostrzegła problem pogorszenia relacji z najważniejszymi partnerami i rozpoczęła działania na rzecz poprawy pozycji międzynarodowej Niemiec. Wyraźnemu ociepleniu uległy stosunki z Chinami, które uległy oziębieniu w roku 2016, kiedy to Berlin oskarżył Pekin o nieuczciwe praktyki, o wykupowanie przedsiębiorstw niemieckich w celu pozyskania niemieckiego know-how. Jednak w marcu 2017 roku kanclerz Merkel i prezydent Xi demonstracyjnie wypowiedzieli się przeciwko  protekcjonizmowi „za wolnym handlem i otwartymi rynkami”, a w lipcu przed szczytem G 20 ogłosili „kompleksowe strategiczne partnerstwo”. Pewnej poprawie uległy relacje z Moskwą, gdy politycy niemieccy zaprotestowali przeciwko uchwale Senatu USA, przewidującej nałożenie sankcji na zachodnie firmy, które zdecydują się na finansowanie budowy rurociągów z Rosji (Nord Stream 2).

Ożywienie współpracy w eurazjatyckim trójkącie Berlin-Moskwa-Pekin nie świadczy jednak o zwrocie wektorów niemieckiej polityki zagranicznej. Jest raczej reakcją na chwilowe załamanie się jej najważniejszego filaru, jakim są relacje transatlantyckie.

 

Kryzys przywództwa

W widowiskowy sposób dokonało się ono w trakcie szczytu G 7 na Sycylii w końcu maja 2017 r., gdzie prezydent USA Donald Trump odrzucił dotychczasową politykę klimatyczną. W kilka dni potem w wystąpieniu w Monachium kanclerz Angela Merkel uznała, że „my, Europejczycy, musimy wziąć nasze sprawy w swoje ręce”. Z kolei minister spraw zagranicznych RFN, Sigmar Gabriel, nie tylko zadeklarował, że USA „nie pełnią przewodniej roli w zachodniej wspólnocie wartości”, ale w ogóle zakwestionował ich przynależność do Zachodu. Te słowa uznane zostały zarówno w prasie niemieckiej, jak amerykańskiej za przełomowe, za koniec „partnerstwa w przywództwie”. Czy słusznie?

Niemiecka reakcja na stanowisko Ameryki na szczycie G 7 na Sycylii już na pierwszy rzut oka wydaje się przesadzona. Wynika ona bowiem nie z refleksji nad strategicznym układem sił globalnych, a z taktycznych potrzeb kampanii wyborczej. Socjaldemokraci chcieliby zagrać antyamerykańską kartą, aby ratować swoją słabnącą pozycję, czyli powtórzyć manewr Gerharda Schrödera z roku 2002, który przyczynił się do wygrania przezeń wyborów. Kanclerz Merkel, krytykując Trumpa, pozbawiła socjaldemokratów ewentualnego atutu w kampanii wyborczej.

Antyamerykanizm części społeczeństwa i niechęć elit do antyestablishmentowego Trumpa nie może przesłaniać kluczowej roli USA w polityce zagranicznej RFN. Berlin bez „partnerstwa w przywództwie” nie będzie odgrywać podmiotowej roli w koncercie mocarstw globalnych, a to m.in. dlatego że nie dysponuje siłami zbrojnymi, które mógłby wysłać poza swoje granice. Co więcej, ze względu na pacyfizm społeczeństwa wydaje się wątpliwe, by Niemcy w przewidywalnej przyszłości byłyby je w stanie wystawić. Angela Merkel z pewnością ma świadomość uzależnienia stabilizacji i bezpieczeństwa w Europie od amerykańskich wojsk, albowiem wykorzystywała je w dyplomacji kryzysowej na Ukrainie w latach 2014-16. Rola niemieckiej kanclerz jako głównej rozgrywającej w negocjacjach pokojowych na Ukrainie była możliwa tylko wskutek bliskiej współpracy z amerykańskim prezydentem Barakiem Obamą.

© Friedmann Vogel (PAP/EPA)

Nie trzeba nadzwyczajnej dalekowzroczności, żeby dostrzec, że atrakcyjność Niemiec dla jej kontynentalnych, eurazjatyckich partnerów, Rosji i Chin, zależy od ich stopnia bliskości z Ameryką. Dla Moskwy i dla Pekinu partnerem priorytetowym jest Waszyngton, albowiem to Waszyngton ma największy wpływ na kształt układu globalnego. Wyjątkowa pozycja Niemiec brała się stąd, że dzięki „partnerstwu w przywództwie”, wywierały one pośredni wpływ na kształtowanie przez USA porządku światowego. Jeśli Niemcy go utracą, to aby stać się graczem globalnym w pełnym sensie tego słowa musiałyby się stać jednym z biegunów kontynentalnej (eurazjatyckiej) koalicji antyamerykańskiej. I to tym najsłabszym, albowiem nie dysponującym znaczącą siłą militarną.

Berlin w najbliższych latach stanie zatem przed geostrategicznym wyborem: albo powrót do partnerstwa w globalnym przywództwie z USA albo degradacja do roli mocarstwa regionalnego. Dlatego z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że nowy niemiecki rząd będzie starał się naprawić relacje z Ameryką. To jednak nie będzie proste, albowiem prezydentowi Trumpowi pozostanie antyniemiecki uraz.

 

Europejska choroba

Dążeniu do zbliżenie z Ameryką sprzyjać będzie pogłębiający się wielowymiarowy kryzys w Europie. Tym bardziej że w przewidywalnym czasie powrót do tradycyjnej współpracy niemiecko-francuskiej wydaje się mało prawdopodobny.

Do momentu kryzysu finansowego, który rozpoczął się pod koniec pierwszej dekady XXI wieku, wydawało się, że Berlin jest na dobrej drodze do osiągnięcia przywódczej roli w tej konstelacji, której ramą był trójkąt Niemcy-Francja-Wielka Brytania. Berlin umiejętnie balansując zyskiwał pozycje primus inter pares. Jednak kryzys finansowy a następnie brexit zdestabilizowały ten układ równowagi.

Francja była kluczowym partnerem Niemiec na kontynencie od zakończenia II wojny światowej. Do momentu zjednoczenia kolejni kanclerze przynajmniej formalnie uznawali przywództwo polityczne Paryża i w zamian za to mogli spokojnie budować potęgę gospodarczą swojego kraju.

Na początku lat 90. ubiegłego wieku Francuzi świadomi zadyszki wynikającej z niemożności dogonienia coraz bardziej rozpędzającej się niemieckiej lokomotywy wpadli na iście szatański pomysł likwidacji symbolu potęgi gospodarczej RFN – niemieckiej marki. Wprowadzeniu wspólnej waluty nie towarzyszyło jednak pogłębienie integracji politycznej, ponieważ unia polityczna par excellence w ich mniemaniu osłabiłaby ich własną pozycję europejskiego przywódcy. Prezydentowi Mitterrandowi nie tyle chodziło o Europę, co o wzrost potęgi Francji kosztem Niemiec.

Gdy człowiek planuje, Pan Bóg zanosi się śmiechem – skutki tej polityki okazały się bowiem odwrotne od zamierzonych. Pozycja Francji wobec Niemiec od dwóch dekad systematycznie słabnie. Wspólna waluta doprowadziło do kryzysu strukturalnego w strefie euro, do jej podziału na państwa wierzycieli pod wodzą Berlin i państwa dłużników, na których przywódcę wyrasta Paryż. Ten podział ma oczywiście swoją genezę historyczną związaną z rozwojem dziewiętnastowiecznego kapitalizmu, który podzielił kontynent na bogatą północ i biedne południe. Wprowadzenie wspólnej waluty tylko pogłębiło i podkreśliło te różnice rozwojowe i dlatego w najbliższych latach będzie głównym czynnikiem destabilizującym politykę europejską.

Kryzys strefy euro to podręcznikowy przykład wiary w prymat polityki nad ekonomią.  Już pół wieku temu ekonomiści opracowali teorię optymalnego obszaru walutowego, na terenie którego możliwe jest wprowadzenie jednolitej waluty.  Obszar taki może składać się z wielu państw pod warunkiem, że ich gospodarki znajdować się będą na równym poziomie rozwoju technologii i wiedzy, będą wytwarzać podobne produkty i w podobny sposób reagować na szoki podażowo-popytowe. Nota bene, jeden z autorów tej teorii Robert Mundell otrzymał nagrodę Nobla.

Od początku było jasne, że strefa euro optymalnym obszarem walutowym nie jest, że Grecja nie może mieć tej samej waluty, co Niemcy. Kryzys w strefie euro stał się empirycznym potwierdzeniem teorii Mundella. Podział na dłużników z południa i wierzycieli z północy ma więc systemowy charakter, a to znaczy, że utrzyma się w ciągu najbliższej dekady.  No bo trudno jest uwierzyć, że w tym czasie gospodarki Grecji i Hiszpanii osiągną poziom Niemiec i Holandii. Tym bardziej, że zamiast zbliżać się wskutek tzw. programów naprawczych coraz bardziej oddalają się one od siebie.

Jeśli konwergencja gospodarek strefy euro nie jest możliwa w przewidywalnej przyszłości, to jedyną drogą jej sanacji jest jej kontrolowana dekompozycja tej strefy. Ekonomiści sugerują wiele scenariuszy. Najmniej radykalne polegają na tym, że dłużnicy mogliby czasowo zawieszać swoje członkostwo w strefie euro i powrócić do narodowej waluty. Umiarkowane na podziale strefy euro na dwie grupy: jedna skupiałaby bogate państwa północy, a druga biedne z południa. I wreszcie skrajne – na likwidacji wspólnej waluty i powrocie do walut narodowych.

Politycy z uporem godnym lepszej sprawy ignorują reguły rządzące rzeczywistością ekonomiczną. Starają się zaczarowywać realia. W maju „Frankfurter Allgemeine Zeitung” spekulował na temat „tajnego planu” kanclerz Merkel. Jednym z jego elementów ma być uzdrowienie strefy euro, polegające na stworzeniu wspólnego budżetu i powołaniu wspólnego ministra finansów. Ten przeciek był wyraźnym sygnałem w stronę Paryża, który od dawna propozycje tego rodzaju uważa za remedium na chorobę dręczącą integrację europejską.

Powtórzmy, jeśli teoria optymalnego obszaru walutowego jest słuszna, to plany te na nic się nie zdadzą. Powołanie dwóch instytucji, czyli wspólnego budżetu i ministra, nie zmienią bowiem realnych różnic pomiędzy europejskimi gospodarkami, a z pewnością nie zmienią podstawowej przyczyny dysfunkcjonalności eurostrefy, jaką są różnice w konkurencyjności jej poszczególnych gospodarek. A tak się składa, że Francuzi nie palą się do reform, które poprawiłyby ich konkurencyjność. Wręcz przeciwnie prezydent Macron zamiast obniżać koszty pracy, stoi na ich straży, domagając się, by tzw. pracownicy delegowani z UE na terytorium jego kraju zarabiali tak samo jak Francuzi.  Od mieszania herbata nie robi się słodsza – cuda w ekonomii się nie zdarzają.

Ponieważ dekompozycja strefy euro nie jest dzisiaj na agendzie polityki europejskiej, to w przewidywalnym czasie strefa euro będzie głównym źródłem destabilizacji procesów integracyjnych w Europie. A to spowoduje, że Niemcy i Francja nie będą razem sprawować przywództwa w UE, ponieważ wzajemnie będą się obarczać winą za kryzys. Francuzi będą zarzucać Niemcom nadmierną ekspansję handlową, a Niemcy Francuzom niechęć do głębokich reform. Żadnego niemiecko-francuskiego twardego rdzenia nie będzie. Konflikt jest nieunikniony, albowiem Francja stojąc na czele dłużników z południa będzie oczekiwała, że Niemcy będą nie tylko kredytować dłużników, ale i dzielić się z nimi swoim bogactwem. O to bowiem chodzi we francuskich planach tzw. unii transferowej i euroobligacji. Berlin się na to nie zgodzi, albowiem wówczas musiałby wspierać swoich partnerów z eurostrefy nie jak obecnie wydatkami na poziomie ok. 1% PKB rocznie, a wielokrotnie większymi. A na to nie będzie stać niemieckiego państwa opiekuńczego, którego niedługo będzie musiało stawić czoła skutkom narastającego kryzysu demograficznego.

Dla przyszłego rządu w Berlinie kryzys relacji francusko-niemieckich będzie podstawowym problemem. Tak jak do niedawna umiejętność wykorzystania reguł integracyjnych była jedną z podstawowych przyczyn sukcesów niemieckiej dyplomacji, tak w najbliższej przyszłości kryzys integracji będzie osłabiał pozycję Berlina prowadząc do konfliktu z Paryżem i innymi stolicami europejskimi.

 

Hegemon na wyrost

Obecny kryzys procesów integracyjnych dowodzi, że Niemcy nie są zdolne przewodzić Europie. Nie potrafią odgrywać roli hegemona, czyli -zgodnie z tym co pisał amerykański historyk gospodarczy Charles P. Kindleberger- jako dominujące mocarstwo stabilizować swoje otoczenie międzynarodowe. Hegemon, czyli mocarstwo przywódcze, nie może bowiem skupiać się tylko na realizowaniu własnych interesów. Część zasobów musi poświęcić zapewnieniu szeroko rozumianego bezpieczeństwa tym państwom, którym chce przewodzić, a więc zapewnić im jako powszechne dobro regionalną lub globalną stabilność. To z kolei powoduje wzrost jego miękkiej siły (soft power), czyli uznanie przywództwa przez partnerów.  Na tym polegała, według Kindlebergera, polityka USA po II wojnie światowej.

Amerykańsko-niemieckie partnerstwo w przywództwie w okresie pozimnowojennym wiązało się zatem z podwójną hegemonią. Waszyngton miał wypełniać rolę hegemona globalnego, a Berlin związanego z nim hegemona regionalnego (hegemona juniora).

Niemcy nie wzięły jednak na siebie głównej odpowiedzialności za walkę z przyczynami obecnego kryzysu w Europie, np. poprzez przeprowadzenie kontrolowanej dekompozycji strefy euro lub przekształcenie jej w kierunku unii transferowej, co byłoby równoznaczne z oddłużeniem państw południowej Europy. Zachowały się nie jak przywódca, lecz tak jak inne mocarstwa regionalne (Francja i Włochy) i przystały na oportunistyczną strategię gry na czas, która była zgodna z ich własnymi krótkoterminowymi interesami. Polityka oszczędności narzucona partnerom prowadziła do kolejnych rokrocznych rekordowych nadwyżek handlowych.

To jednak nie był pierwszy przypadek, kiedy Berlin oblał egzamin z regionalnego przywództwa. Po roku 1989 Niemcy odgrywały rolę lidera w szeroko rozumianej Europie Środkowo-Wschodniej (EŚW). Swoje przywództwo legitymizowały stając się adwokatem państw tego regionu na drodze do członkostwa w instytucjach euroatlantyckich. Można powiedzieć, że w latach 90. XX wieku przejęły rolę mocarstwa-stabilizatora w EŚW.

Jednak w połowie pierwszej dekady XXI wieku, a więc po zakończonym sukcesem rozszerzeniu NATO i UE, Berlin sam postawił swoje przywództwo pod znakiem zapytania, budując wraz Moskwą gazociąg, omijający jego środkowoeuropejskich klientów. Nord Stream służy interesom Niemiec, które chcą być kontynentalnym gazowym hubem. Jest jednak niezgodny z interesami państw środkowoeuropejskich, albowiem utrzymuje zależność ich bezpieczeństwa energetycznego od Rosji. Innym przykładem niezdolności do przywództwa były próby zmuszenia państw środkowoeuropejskich za pomocą instytucji unijnych do przyjmowania imigrantów. Ta polityka spowodowała, że kraje te zareagowały budową wypełniających różne funkcje ugrupowań regionalnych (V 4, Trójmorze), których spoiwem była niechęć do potencjalnego hegemona.

Niemcy po wrześniowych wyborach prawdopodobnie będą starały się poprawić stosunki z EŚW. Przede wszystkim z dwu powodów. Po czerwcowej wizycie prezydenta USA Trumpa w Polsce i spotkaniu z blokiem Trójmorza kraje tego regionu poczuły się bardziej podmiotowo. Berlin będzie szukał z nimi zbliżenia, albowiem będą mu one potrzebne w grach mocarstwowych, chociażby do poprawy relacji z Waszyngtonem. Nie należy też zapominać, że bez udziału krajów środkowoeuropejskich nie będzie możliwa realna reforma UE.

Niemcy wskutek Brexitu straciły głównego sojusznika w UE, który pomagał im blokować etatystyczne plany Francji i równoważył jej wpływy w grach europejskich. Przewodząc tzw. blokowi marki (Niemcy, Austria, Holandia i Finlandia) tworzyły wraz z Wielką Brytanią ugrupowanie zorientowane bardziej liberalnie i przeciwstawiające się blokowi państw śródziemnomorskich pod kierunkiem Francji (Włochy, Hiszpania, Grecja i Portugalia), zorientowanemu bardziej etatystycznie. Dziś te dwa bloki przekształciły się w wierzycieli i dłużników. Dotychczasowa równowaga pomiędzy nimi polegała na tym, że w Radzie UE miały one mniej więcej tyle samo głosów i dysponowały tzw. mniejszością blokującą (35%). Po wyjściu Londynu z UE Niemcy wraz z blokiem marki stanowić będą tylko 25% ludności UE i stracą możliwość blokowania niezgodnych z ich interesami decyzji Rady. Blok śródziemnomorski zyska natomiast 42%, a zatem zdominuje politykę finansową i gospodarczą Unii. To otwiera drogę do realizacji unii transferowej, która doprowadzi do nowego wielkiego kryzysu wewnętrznego w UE.

Większość krajów środkowoeuropejskich nie przystąpi do strefy euro, ani nie leży w ich interesie przekształcenie jej w unię transferową. Dlatego wraz z innymi państwami środkowoeuropejskimi może okazać się cennym partnerem. Po wyjściu W. Brytanii z UE, Polska stanowić będzie 9% ludności UE, Węgry – 2%, Czechy – 2%, a Słowacja – 1%. A zatem kraje V4 z Niemcami i krajami bloku marki razem dysponować będą mniejszością blokującą w Radzie.

Tego rodzaju układ stworzyłby nowa konstelację na kontynencie. Kraje środkowoeuropejskie przestałyby być traktowane jako kojarzący się biednymi krewnymi z prowincji. Dzięki temu uczyniłyby ważny krok w kierunku polityczno-gospodarczego centrum kontynentu. I byłoby to z niewątpliwą korzyścią dla Niemiec, które mogłyby na nie liczyć w przypadku sporu z państwami południowej Europy.

 

***

Niemcy w ciągu najbliższych 4 lat staną przed zadaniem zredefiniowania swojej pozycji mocarstwowej. Przyszły kryzys europejskiego państwa socjalnego, który będzie skutkiem katastrofy demograficznej i fali migracyjnej, ograniczy zasoby, za pomocą których Niemcy mogłyby budować w Europie pozycje przywódczą. Dlatego będą tworzyć układ równowagi sił, czyli budować takie alianse, które wzmacniać będą ich pozycje w grach międzynarodowych i znajdą partnera w państwach środkowoeuropejskich. Ponieważ jednak żadna konfiguracja kontynentalna sama siebie nie zapewni stabilności w Eurazji, to przede wszystkim będą musiały powrócić do bliskich sojuszniczych relacji ze Stanami Zjednoczonymi.

Wszystkie teksty (bez zdjęć) publikowane przez Fundację Warsaw Institute mogą być rozpowszechniane pod warunkiem podania ich źródła.