RUSSIA MONITOR

Data: 7 kwietnia 2017

Game changer

7 kwietnia nad ranem z pokładów USS Porter i USS Ross, dwóch amerykańskich niszczycieli we wschodniej części Morza Śródziemnego, wystrzelono 59 pocisków typu cruise. Tomahawki uderzyły w bazę syryjskich sił powietrznych Al-Szajrat w prowincji Homs. Zginęło kilku żołnierzy armii Asada. Z tej bazy, jak ustalił amerykański wywiad, wystartował samolot, który 4 kwietnia zrzucił bombę z gazem bojowym sarinem na Chan Szajchun, kontrolowane przez rebeliantów miasto w prowincji Idlib. Zginęło 86 cywilów, w tym 30 dzieci.

© EPA PHOTO US NAVY KENNETH MOLL

Decyzja Donalda Trumpa o pierwszym od początku wojny syryjskiej amerykańskim ataku rakietowym na siły Asada zmienia drastycznie sytuację nie tylko w Syrii, ale też w kontekście globalnym. Głównym adresatem ataku nie jest wcale reżim Asada, ale jego protektor, putinowska Rosja. Decyzja Trumpa zaskoczyła Moskwę. Uważana dotychczas za niezwykle sprawną rosyjska machina propagandowa, która zawiodła już po chemicznym ataku na Chan Szajchun (nie trzymające się kupy twierdzenia, że gaz ulotnił się ze zbombardowanego składu broni rebeliantów), także teraz się zacięła. Rosjanie zareagowali chaotycznie, rzucając oskarżenia, które są tak słabe, że mogą trafić skutecznie co najwyżej do krajowej opinii publicznej i najzagorzalszych wrogów USA na świecie. Rosja, która od paru lat robiła w Syrii właściwie wszystko, co chciała, przy biernej postawie poprzedniej administracji amerykańskiej, teraz znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Może co najwyżej grozić zestrzeliwaniem samolotów USA nad Syrią – ale czy się na to poważy? Wielce wątpliwe. Putinowi nie zależy bowiem wcale na totalnym konflikcie z Ameryką. Zresztą tej ostatniej również, wszak Pentagon ostrzegł Rosjan, że zaatakuje Al-Szajrat. Na linii Moskwa – Waszyngton będziemy więc raczej świadkami eskalacji co najwyżej politycznej. Militarna akcja USA paradoksalnie zmniejsza ryzyko wybuchu wielkiej wojny, bo zmusi Rosjan do dużo większej ostrożności. To właśnie bierność Zachodu z USA na czele niosła większe ryzyko, bo ośmielała Rosję do coraz bardziej bezczelnych i niebezpiecznych zachowań.

Stało się to, czego najbardziej obawiali się Rosjanie po wygranej Trumpa. Nowy prezydent USA zadziałał stanowczo (niektórzy powiedzą: zaskakująco, impulsywnie, bez chłodnej analizy skutków czynu). Do tej pory to Rosja była stroną aktywną, to Rosjanie zaskakiwali Zachód kolejnymi posunięciami, stawiając Amerykę w obliczu faktów dokonanych. Robili to, bo wiedzieli, że reakcja ze strony Obamy jest bardzo mało prawdopodobna. W przypadku Syrii takim momentem zwrotnym był 2013 rok, gdy ówczesny prezydenta USA najpierw nakreślił słynną już czerwoną linię, następnie pozwolił ją przekroczyć Asadowi, by w końcu nie zareagować na to tak, jak zapowiedział. To wtedy Putin uznał, że może zuchwale poczynać sobie w Syrii. A może nie tylko w Syrii, wszak pół roku później anektował Krym. Rakietowy ostrzał syryjskiej bazy kończy ten wstydliwy dla USA okres. Zarówno jeśli chodzi o poziom globalny, jak i regionalny.

Wszystkie teksty (bez zdjęć) publikowane przez Fundację Warsaw Institute mogą być rozpowszechniane pod warunkiem podania ich źródła.