THE WARSAW INSTITUTE REVIEW

Data: 21 maja 2017    Autor: Jan Gajewski

Ukraina 2018

Życie polityczne na Ukrainie w najbliższych kilkunastu miesiącach określać będą kalendarz wyborczy oraz sytuacja międzynarodowa, przede wszystkim stosunki Rosji z Zachodem. W 2019 roku powinny się odbyć wybory prezydenckie (marzec) i parlamentarne (październik). Przygotowania do obu tych wydarzeń będą determinowały życie polityczne na Ukrainie w 2018 roku, także wpływały na postawę polityków w Kijowie wobec konfliktu z Rosją.


© Jacek Turczyk (PAP)

Z badań społecznych wynika, że największymi problemami Ukrainy w oczach jej mieszkańców są: konflikt w Donbasie, polityka ekonomiczno-społeczna rządu oraz korupcja. Główny rozgrywający, czyli prezydent Petro Poroszenko, przygotowując się do walki o reelekcję, będzie próbował nadal umiejętnie grać na czas w sprawie Donbasu (opóźnianie wprowadzania w życie porozumienia mińskiego z 2015 r.). To akurat jest korzystne dla Ukrainy. Problem w tym, że Poroszenko podobnie zachowuje się w innej sprawie: walki z korupcją. Jego uniki i zwłoka na tym odcinku nie tylko szkodzi państwu, ale też raczej mu nie pomoże w wyborczej walce. Co nie oznacza, że nie ma szans wygrać. Problemem Ukrainy jest dziś bowiem brak wiarygodnych liderów – niewiele wskazuje, by miało się to zmienić w przewidywalnej przyszłości.

 

Konflikt z Rosją

Głównym zewnętrznym czynnikiem wpływającym na wszystkie aspekty życia Ukrainy pozostaje konflikt z Rosją, we wszystkich jego aspektach, od militarnej konfrontacji (proxy war) w Donbasie, przez kwestię przynależności Krymu, po kwestie gazowe i szerzej, ekonomiczne. Konflikt z Rosją nie pozostawia Ukrainie geopolitycznego wyboru: należy oczekiwać kolejnych kroków zbliżających Kijów do Zachodu (UE, NATO). Tym bardziej, że poparcie dla członkostwa Ukrainy w Sojuszu Północnoatlantyckim przekracza już dwie trzecie populacji, niewiele niższe jest dla wejścia do UE. Paradoksalnie jednak, wojna o Donbas, która coraz mocniej wiąże Ukraińców z Europą, jest też największą przeszkodą w integracji. Wiadomo też, że bez zaangażowania innych państw nie da się uregulować problemu Donbasu i Krymu. Prognozy polityczne zarówno jeśli chodzi o Zachód, jak i Rosję, wskazują jednak, że w najbliższym czasie przełomu oczekiwać nie należy. Każdy z uczestników procesu mińskiego ma własne wewnętrzne problemy polityczne, na tyle istotne, że nikt nie będzie parł do przełomu w ślimaczącym się, a tak naprawdę stojącym w miejscu procesie realizacji ustaleń z Mińska z lutego 2015 roku. I taka sytuacja odpowiada władzom w Kijowie, które blokują implementację mińskich punktów – bo to by oznaczało porażkę Ukrainy. Stąd już od dawna zwlekanie chociażby z przyjęciem przez parlament ustawy nadającej terytoriom okupowanym autonomiczny status.

W obecnej sytuacji wewnętrznej i międzynarodowej zachowanie status quo wydaje się wariantem optymalnym dla Ukrainy, a jeszcze bardziej rządzącej nią teraz ekipy politycznej. Ostatnie trzy lata pokazały, że utrata Krymu oraz dużej części Donbasu przez Ukrainę uderzyła to potężnie w polityczną opcję prorosyjską w tym kraju. Nie chodzi tylko o kompromitację możliwości jawnego występowania ukraińskich polityków w roli sojuszników sąsiedniego państwa, z którym de facto prowadzona jest wojna. Obóz moskiewski nad Dnieprem stracił też bowiem gros swego elektoratu pozostałego po drugiej linii frontu. Dziś Kreml ma bardzo ograniczone możliwości wpływania „od środka” na decyzje Kijowa. Zresztą to nie jedyne plusy obecnej sytuacji. Dziś to na Rosji, a nie Ukrainie, ciąży konieczność ekonomicznego podtrzymywania przy życiu Donbasu. Co prawda rośnie nad Dnieprem poparcie dla siłowego rozwiązania problemu (armia ukraińska jest nieporównanie silniejsza niż w 2014 czy 2015 r.), ale Kijów zdaje sobie sprawę z tego, że atak zakończyłby się najpewniej interwencją rosyjską, a przede wszystkim oznaczałby utratę poparcia dla Ukrainy ze strony Zachodu. Pozostaje więc czekać na bardziej sprzyjające okoliczności, a póki co jedynie okresowo eskalować konflikt w momentach korzystnych politycznie dla Ukrainy (zresztą podobnie robi Rosja), choćby po to by mieć pretekst do odkładania implementacji porozumień mińskich.

Taka gra na czas ma też jednak swoje zagrożenia – coraz więcej Ukraińców widzi bowiem, że wojna jest wykorzystywana przez dużą część klasy politycznej (zwłaszcza rządzących) i oligarchów jako pretekst do zaniechania lub spowalniania reform. Co więcej, pojawiają się pod adresem władz oskarżenia, że czerpią wręcz korzyści polityczne i finansowe z obecnej patowej sytuacji. Można oczekiwać, że będzie rosła presja na rozwiązanie problemu – w kierunku zaostrzenia polityki Kijowa. Już teraz widać tego oznaki: w marcu Poroszenko zdecydował się formalnie uznać trwającą od stycznia oddolną, prowadzoną przez weteranów wojny i nacjonalistów, blokadę handlu z terytoriami okupowanymi. Brak rozstrzygnięć będzie budzić coraz większe niezadowolenie, ponieważ ma to bezpośredni negatywny wpływ na gospodarkę i sytuację życiową ludzi. Przeszło trzy lata po wybuchu konfliktu właściwie do nikogo już nie trafia argument, że zmiany postępują powoli, lub wcale, bo toczy się wojna. Trudna sytuacja zewnętrzna i mobilizacja społeczna wokół wojny w Donbasie powinny być wręcz katalizatorem reform. W sytuacji przelewu krwi i wybuchu nastrojów patriotycznych łatwiej powinno być o bolesne nawet, acz konieczne zmiany. Jednak na takich nie zależy przede wszystkim klasie politycznej i oligarchom. Deoligarchizacja pozostaje niespełnioną obietnicą, podobnie jak walka z korupcją. Nic dziwnego, że tylko 27 proc. Ukraińców dostrzega dziś politycznego lidera, któremu można zaufać. 62 proc. uważa zaś, że kraj potrzebuje nowych przywódców. 70 proc. Ukraińców nie ufa obecnej klasie politycznej – to potencjalny wielki elektorat dla zagospodarowania przez nowych polityków. Ale to wcale nie musi zapowiadać poważnych zmian. Raczej zwycięża rozczarowanie, apatia i odwrócenie się do polityki i życia publicznego. Tylko 38 proc. Ukraińców wierzy w nowy Majdan, a zaledwie 20 proc. jest gotowe uczestniczyć w demonstracjach.

 

Obóz prezydenta

Jednym z największych rozczarowań politycznych zwolenników Majdanu jest postawa Petra Poroszenki – choć nie powinna tak do końca, bo gdy Ukraińcy wybierali go na prezydenta, znali jego przeszłość (charakteryzującą się, delikatnie rzecz ujmując, dużą polityczną elastycznością, czego wyrazem była współpraca zarówno kiedyś z Wiktorem Juszczenką, jak i potem z Wiktorem Janukowyczem) i wiedzieli, że jest jednym z oligarchów. Poroszenkę trudno uznać za radykalnego reformatora. Mimo sprzyjających warunków (mobilizacja wokół wojny z Rosją) nie zdecydował się na głębokie zmiany w państwie (przykładem rachityczna walka z korupcją i układy z innymi oligarchami), ale poprzestał na umacnianiu własnej pozycji, strasząc z jednej strony klęską w starciu z sąsiadem i powrotem promoskiewskiego obozu do władzy, a z drugiej radykalnymi nacjonalistami. Obecnie Poroszenko zdecydowanie dominuje w ukraińskiej polityce, dysponując nie tylko silną administracją prezydencką, ale też kontrolując sytuację w parlamencie, mając posłusznego premiera, kontrolując prokuraturę i służby specjalne. To Poroszenko będzie odgrywał główną rolę w najbliższych dwóch latach. Przy znacznym osłabieniu koalicjantów, szczególnie Frontu Ludowego (który stracił stanowisko premiera) i braku wystarczającej atrakcyjności obecnej opozycji dla wyborców (większość partii i liderów skompromitowała się wcześniej, będąc u władzy) należy oczekiwać, że Poroszenko będzie dążył do jeszcze większego wzmocnienia swych wpływów z racji zbliżających się wyborów prezydenckich. Przy bardzo słabych notowaniach, wyborów na drugą kadencję wymagał będzie pomysłu i wysiłku porównywalnego chyba tylko z reelekcją Borysa Jelcyna w Rosji w 1996 roku. Perspektywie wyborów w 2019 roku podporządkowane będą działania prezydenta, a to oznacza, że także większości innych organów państwa. W interesie Poroszenki będzie utrzymanie status quo, czyli zapobieżenie powstaniu nowych znaczących ośrodków politycznych w kraju. Prezydent będzie przeciwny rozwiązaniu parlamentu, i tym bardziej zmianie rządu. Nie podejmie żadnych ryzykownych kroków, choćby na polu reform.


© Grzegorz Momot (PAP)

Należy zakładać, że w jeszcze większym stopniu Poroszenko będzie chciał wykorzystywać w charakterze bufora osobę szefa rządu. Wołodymyr Hrojsman to posłuszny wykonawca poleceń prezydenta. Ten zresztą będzie nadal wykorzystywał swoje szerokie uprawnienia dla sprawowania realnej, największej w kraju władzy. Realnym ośrodkiem administrującym najważniejszymi obszarami państwa pozostanie administracja prezydencka. Rząd i podzielony parlament pozostają w tej sytuacji zmarginalizowane.

Hrojsman to zaufany współpracownik Poroszenki, ale sprawowanie funkcji szefa rządu pozwala mu budować własną pozycję. Jego podstawowym zadaniem była rok temu stabilizacja sytuacji społeczno-ekonomicznej i uporał się z tym wyzwaniem. Mimo to, że wypada nieźle, także w oczach Zachodu, Hrojsman oświadczył, że nie ma ambicji prezydenckich. Jest to bardzo ważne, gdyż obniża możliwe napięcie w relacjach między tymi dwoma politykami i zapowiada jeszcze ściślejszą ich współpracę, która zapewne w pewnym momencie przyjmie taki obrót, że szef rządu będzie robił swoją polityką kampanię wyborczą prezydentowi. Pozycję Hrojsmana umacnia to, że w obecnym kształcie parlament nie będzie w stanie wyłonić nowego premiera. To by zaś oznaczało przedterminowe wybory, a na tym nie zależy większości zasiadających deputowanych. Żadna partia ani blok partii nie może liczyć na zdecydowany sukces. Notowania partyjne wskazują, że w obecnej sytuacji nowa Rada Najwyższa byłaby jeszcze bardziej rozdrobniona niż obecna. Pięcioprocentowy próg przekraczają przede wszystkim Batkiwszczyna (11%), Blok Petra Poroszenki (9%), Opozycyjny Blok (9%). Kilka innych partii ma niewiele mniejsze poparcie, a w ogóle wyparowała popularność zwycięzcy ostatnich wyborów, Frontu Ludowego. Ma obecnie w sondażach zaledwie 1-2 proc. poparcia. Celem Frontu jest więc przetrwanie w nadziei na odbudowę zaufania wyborców zanim dojdzie do wyborów w 2019 r. Dlatego też pozostaje w koalicji.

Faktycznym liderem Frontu Ludowego jest dziś minister spraw wewnętrznych Arsen Awakow. Wydaje się, że jeden z najgroźniejszych potencjalnych rywali Poroszenki. Objął MSW zaraz po rewolucji godności, potem jako przedstawiciel Frontu Ludowego i pozostał na stanowisku – co świadczy o jego sile – nawet po zmianie rządu. W cieniu buduje własną pozycję jako silnego kandydata do prezydentury. Tym bardziej, że uchodzi za lidera „partii wojny” i może zyskać poparcie weteranów jako człowiek, który położył największe zasługi dla kraju podczas pierwszej fazy wojny. W Poroszence i Hrojsmanie widzi konkurentów, ma duży wpływ i wykorzystuje środowiska nacjonalistyczne i weteranów z Donbasu. Jak skuteczne to narzędzie, pokazują wydarzenia z pierwszych miesięcy tego roku. Oddolne akcje blokowania handlu z okupowanym Donbasem czy kampania wymierzona w rosyjskie banki na Ukrainie w końcu wymusiły na rządzie przyjęcie i realizację wielu z tych radykalnych postulatów. Na MSW spada coraz większa krytyka, przybywa skandali i poważniejszych spraw z użyciem broni palnej – a pozycja Awakowa wydaje się wciąż niezachwiana. Jego dymisja może bowiem zburzyć koalicję rządową, tym bardziej że sam Front nie ma drugiego polityka tak dużego kalibru, który mógłby zastąpić Awakowa w resorcie. Co ciekawe, sytuacji nie wykorzystuje też opozycja, przede wszystkim Julia Tymoszenko, której Batkiwszczyna lideruje w sondażach. To tłumaczyć można przeszłością Awakowa – do 2014 roku był jednym z czołowych działaczy partii Tymoszenko i wciąż może mieć niewygodną dla niej wiedzę.

Obóz prezydencki zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie niesie wykorzystanie przez Awakowa kręgów nacjonalistów i weteranów z Donbasu. To czynnik mogący w ogóle zdestabilizować kraj. Nie przypadkowo Hrojsman niezwykle ostro krytykował blokadę Donbasu prowadzoną przez weteranów, określając ją jako będącą w interesie Rosji. Tę batalię wygrał jednak Awakow. Szef MSW dysponuje silną kartą w postaci byłych uczestników walk z Rosjanami i rebeliantami, członków batalionów ochotniczych. Bataliony te odegrały ważną rolę w pierwszej fazie walk, gdy regularne wojsko i inne oficjalne formacje zbrojne były w kompletnej rozsypce. Potem stopniowo te ochotnicze oddziały wchłonęły Gwardia Narodowa MSW i siły lądowe armii. Oparte na dawnych ochotniczych batalionach jednostki Gwardii MSW oznaczają bezpośrednie ich podporządkowanie Awakowowi. Ten na dodatek toleruje działalność utrzymującego samodzielność Korpusu Ochotniczego Prawego Sektora. Opierając się na reputacji z czasów wojny w Donbasie i swej pobłażliwości dla radykałów, Awakow może zdecydować o starcie w wyborach prezydenckich pod sztandarem „partii wojny” i hasłami nacjonalistycznymi. I to on byłby najgroźniejszym rywalem Poroszenki, a nie Julia Tymoszenko. Była premier odbudowała częściowo dawną pozycję polityczną, sama zdobywa poparcie zbliżone do Poroszenki, a jej partia wyprzedza nawet ugrupowanie prezydenta. Tymoszenko może mieć ambicje stania się nieformalną liderką całej opozycji. Wiele będzie tu jednak zależało od zdania Moskwy i niektórych ukraińskich oligarchów. To pierwsze jest ważne w kontekście ewentualnego wsparcia Tymoszenko przez pogrobowców Partii Regionów i generalnie cały prorosyjski elektorat. To drugie jest konieczne z powodów finansowych. Największe znaczenie będzie miała postawa Ihora Kołomojskiego, który zdążył już być i w poważnym konflikcie i potem w przyjaźni z Poroszenką. Warto pamiętać, że już kiedyś wspierał Tymoszenko, i to wtedy, gdy takich jak on było bardzo niewielu. Prezydent też wie, że otwarty konflikt z Kołomojskim mógłby go wiele kosztować. Dlatego zapewne będziemy świadkami zabiegów różnych sił politycznych o przychylność oligarchy, co jedynie go wzmocni – biznesowo i politycznie. Zresztą już ma dług wdzięczności u rządzących. Gdy bowiem doszło do kryzysu w łonie koalicji, a w lutym 2016 r. wyszły z niej Batkiwszczyna i Samopomoc, to deputowani kontrolowani przez Kołomojskiego dali konieczne głosy, aby powołać rząd Hrojsmana.

Kołomojski należy do tzw. starych oligarchów, którym w Ukrainie post-Majdanowej powodzi się nie gorzej, niż przed 2014 roku. Mimo tego, że jednym z głównych postulatów skrwawionej kijowskiej ulicy było ograniczenie wpływu wielkiego biznesu na państwo. Problem w tym, że sam prezydent jest oligarchą, że za jego rządów władza nie tylko dogadała się ze starymi oligarchami, ale też wyhodowała kolejnych. Siła wielkiego biznesu wynika ze słabości państwa (systemowa korupcja, brak niezawisłych sądów, upolitycznienie organów ścigania, niewydolne zarządzanie). Taktyczny sojusz nowej władzy z oligarchami jest korzystny dla obu stron. Rząd dostał wsparcie deputowanych z oligarchicznych ugrupowań w Radzie Najwyższej, nieoficjalne źródła finansowania i medialne wsparcie – szczególnie ważne przed wyborami. W zamian oligarchowie dostali gwarancję bezpieczeństwa osobistego, ochronę ich interesów i możliwość dalszego lobbowania. Tym cichym układem należy tłumaczyć wycofanie się nowych władz z zapowiedzi rewizji wielu przeprowadzonych za czasów Janukowycza prywatyzacji. Kontrola prezydenta nad Prokuraturą Generalną skutecznie umożliwia torpedowanie niektórych niewygodnych śledztw. Symbolem nietykalności oligarchów były rządy w prokuraturze generalnej Wiktora Szochina. Zastąpił go Jurij Łucenko – też człowiek Poroszenki. Niewiele to zmieniło, prokuratura pozostaje narzędziem prezydenckim. A to oznacza na przykład blokowanie realnej walki z korupcją.

Instytucjonalne i legislacyjne konflikty związane z tym problemem będą negatywnie wpływały na sytuację na Ukrainie. Co więcej, przed wyborami można spodziewać się wysypu informacji kompromitujących poszczególnych uczestników życia politycznego. To mogło skłonić Poroszenkę do podpisania 27 marca poprawki do ustawy, która antykorupcyjnych aktywistów zmusza do przedstawiania deklaracji majątkowych tak jak robią to politycy i państwowi urzędnicy. To bat na dziennikarzy śledczych regularnie ujawniających korupcję – bo większość z nich jest wspierana finansowo i w inny sposób przez organizacje pozarządowe (prawo tak sformułowano, że swój majątek ujawniać muszą osoby w jakikolwiek sposób mający coś wspólnego z podmiotami objętymi prawem). Walka z korupcją napotyka i będzie napotykać opór urzędników i funkcjonariuszy publicznych, dla których czerpanie korzyści majątkowej „nieoficjalnie” to coś naturalnego i przywilej, którego nie zamierzają oddawać. Władze zawsze mogą się pochwalić powołaniem w kwietniu 2015 r. Narodowego Biura Antykorupcyjnego (NABU) i uruchomieniem w październiku 2016 roku systemu elektronicznego deklarowania majątku przez polityków i urzędników. Ale już widać dążenie do faktycznego związania rąk NABU, które powstało głównie dzięki naciskom USA. Szef Narodowego Biura Antykorupcyjnego dostał pozycję, która ma zapewnić jego niezależność. Dymisja możliwa jest tylko na skutek negatywnych skutków audytu. Ten zaś przeprowadzają trzy osoby, wskazane odpowiednio przez prezydenta, rząd i Radę Najwyższą. Problem w tym, że władze blokują powołanie Sądu Antykorupcyjnego, ale największą przeszkodą w skutecznym funkcjonowaniu NABU jest obstrukcja ze strony Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), a przede wszystkim prokuratury generalnej i sądów. Wiele śledztw nie zostaje doprowadzonych do końca i można się spodziewać narastania konfliktu między NABU a prokuraturą i SBU.

© Sergey Vaganov (PAP/EPA)

 

Reformy

Jeśli chodzi o reformy, ich wprowadzanie i tempo realizacji, jak też walkę z korupcją, przy obecnym układzie sił politycznych na Ukrainie jedyną szansą będzie kontynuacja presji zewnętrznej. Przede wszystkim ze strony Stanów Zjednoczonych i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Biorąc pod uwagę perspektywy polityczne i poglądy obecnej administracji USA, należy oczekiwać, że Waszyngton nie będzie już tak aktywny w nakłanianiu Kijowa do reform. Inaczej sytuacja wygląda z MFW. Jednym z najważniejszych zadań rządu Hrojsmana w najbliższym czasie będzie utrzymanie dobrej współpracy z Funduszem. Mimo różnic i pewnych spięć, MFW wciąż wydziela Ukrainie kolejne transze kredytu uruchomionego jeszcze za Jaceniuka w 2015 roku. Fundusz chwali Hrojsmana przede wszystkim za makroekonomiczną stabilizację. Głównym osiągnięciem tego rządu jest odnowienie wzrostu gospodarczego. Owszem, jest on skromny, bo wynosi tylko dwa procent, ale istotne jest to, że w gospodarce przełamana została tendencja spadkowa, obserwowana w latach 2014–2015. W 2016 roku ukraińska gospodarka wróciła na ścieżkę wzrostu po dwóch latach spadkowych (7% w 2014 i 12% w 2015) i w 2017 roku ma zwiększyć się, według różnych szacunków, o ponad 2–2,5%, zaś w 2018 roku o 3-3,5%. Dzięki restrykcyjnej polityce monetarnej NBU inflacja spadła z 61% w kwietniu 2015 do 12% wiosną 2017. Ryzykiem dla powoli podnoszącej się ukraińskiej gospodarki będą jednak socjalne wydatki – tym większe, im bliżej będzie wyborów. Hrojsman już zapowiedział podwyższenie od 1 października 2017 r. świadczeń dla 5,6 mln emerytów, przedstawiając to jako krok w stronę modernizacji systemu emerytalnego. Problem w tym, że tę modernizację zupełnie inaczej widzi MFW. Ze strony Funduszu będzie rosła presja na Kijów w dwóch kwestiach. Po pierwsze, chodzi o reformę emerytalną, czyli podniesienie wieku emerytalnego. Po drugie, o danie zielonego światła na sprzedaż ziemi (w tym wypadku wciąż obowiązuje moratorium nałożone na początku lat 90. XX w.). Spełnienie tych dwóch oczekiwań może się okazać nierealne. Tak poważne reformy przy obecnym stanie koalicji są mało prawdopodobne. W Radzie Najwyższej jest większość, ale nie większość popierająca rząd, lecz popierająca trwanie parlamentu do końca kadencji.

Podsumowując, w najbliższych dwóch latach trudno oczekiwać przełomu na Ukrainie, zarówno w polityce zewnętrznej, jak i przede wszystkim wewnętrznej. O ile w pierwszym przypadku pozostaje element niepewności związany z polityką Rosji (pojawiają się spekulacje o możliwej eskalacji konfliktu na jesieni br., choć wątpliwe, by Putin decydował się na działania o dużej skali niepewności co do skutków przed wyborami w 2018), to w drugim wszystko przemawia za stagnacją. Przede wszystkim interes Petra Poroszenki, ale też obawy większości klasy politycznej.

Wszystkie teksty (bez zdjęć) publikowane przez Fundację Warsaw Institute mogą być rozpowszechniane pod warunkiem podania ich źródła.