THE WARSAW INSTITUTE REVIEW

Data: 20 grudnia 2016    Autor: Krzysztof Rak

Germany’s Inglorious Isolation

Szczególna pozycja Niemiec w pozimnowojennym porządku globalnym opierała sie na kunszcie dyplomatycznym. Niemieccy politycy pomni przestróg Ottona von Bismarcka starali się, aby ich kraj miał lepsze stosunki z mocarstwami, aniżeli te pomiędzy sobą. Taka umiejętna gra na wielu fortepianach lewarowała międzynarodowa pozycję Berlina. Jednak kryzys finansowy zburzył istniejący układ równowagi i zgodnie z przepowiednią Bismarcka osłabił pozycję Berlina. Dowodzi tego narastająca izolacja Niemiec i pogorszenie ich relacji z najważniejszymi partnerami.


© Lukas Barth/EPA (PAP/EPA)

Bismarckowski paradygmat równowagi

Minister spraw zagranicznych RFN Frank-Walter Steinmeier podczas wizyty w Waszyngtonie w marcu 2015 r. stwierdził, że Berlin chce odgrywać rolę „odpowiedzialnego maklera” (verantwortlicher Makler). Kilka tygodni później występując przez zarządem swojej partii, SPD, nie pozostawił wątpliwości co do swoich intencji, przekonując, że „spuścizna Bismarcka po dziś dzień kształtuje niemiecką politykę zagraniczną”. Jej istotą –wywodził- jest Realpolitik, która polega na „analizie rzeczywistości oraz subtelnym wyczuciu interesów i zachowań innych aktorów sceny międzynarodowej”. To po prostu „sztuka możliwego”. Dlatego też „centralnym zadaniem niemieckiej polityki zagranicznej w najbliższych latach jest odbudowa zniszczonego zaufania, a także podstaw współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa między Rosją i Zachodem”.

W roku 1878 w Berlinie odbył się wielki kongres dyplomatyczny, podczas którego mocarstwa miały się porozumieć w sprawie nowego porządku europejskiego po wojnie rosyjsko-tureckiej. Chodziło o to, aby pokój nie zaburzył równowagi mocarstw, którą zachwiały sukcesy militarne Rosjan na Bałkanach. Przy stole negocjacyjnym doszło więc „wyrównania” relacji pomiędzy nimi.

Kanclerz Niemiec Otto von Bismarck jako gospodarz kongresu zamierzał przy tej okazji przekonać swoich partnerów, że Niemcy są mocarstwem „nasyconym”. Nie pragną nowych zdobyczy terytorialnych, ponieważ dążą do utrzymania status quo. Ich mocarstwowość osiągnęła swój optymalny wymiar. I dlatego mogą sobie pozwolić odgrywać rolę „uczciwego maklera” (ehrlicher Makler), a więc bezstronnego pośrednika, który ułatwi mocarstwom porozumienie, sprawiedliwie uwzględniające ich interesy.

Bismarck uważał, że dążenie Berlina do hegemonii zakończyłoby się klęską, albowiem mocarstwa bez trudu stworzą zwycięską antyniemiecką koalicję. Rok przed kongresem tłumaczył, że za pożądaną uważa „taką ogólną sytuację polityczną, w której potrzebowałyby nas wszystkie mocarstwa, a stosunki istniejące między nimi uniemożliwiałyby utworzenie przeciwko nam koalicji”.

Strategiczny dylemat Niemiec, nazywany „kwestią niemiecką”, polega na tym, że są one za silne, aby stanowić element mocarstwowej równowagi na kontynencie, ale i za słabe, aby tę równowagę zniszczyć i zaprowadzić swoją dominację. W takim układzie jedyną skuteczną strategią jest powstrzymywanie własnych dążeń hegemonicznych i wzięcie odpowiedzialności za równowagę mocarstw na kontynencie europejskim.

Kanclerz Merkel stosuje się do lekcji Żelaznego Kanclerza. Nie dała się zwieść pokusie kontynentalnej hegemoni. Cierpliwie budowała strategiczne relację z najważniejszymi mocarstwami, tak że Niemcy stały się niezbędnym składnikiem układu globalnego. Wykorzystała najkorzystniejszą konstelację międzynarodową w historii Niemiec, w której Niemcy nie mają śmiertelnego geopolitycznego wroga, ani nie musieli się obawiać powstania wrogiej koalicji (Bismarck nazywał to koszmarem koalicji – „les cauchemar des coalitions”).

Jednak wielowymiarowy kryzys w Europie zniszczył tę konstelację. Zmiana status quo grozi Berlinowi izolacją na arenie międzynarodowej. Jedną z najważniejszych przyczyn tego stanu rzeczy była niezdolność Niemiec do wypełniania przywódczej roli w Europie. Wyszła ona na jaw w trakcie prób stawienia czoła kryzysowi finansowemu, zadłużeniowemu, migracyjnemu i Brexitowi. Niemcy okazały się za słabe, aby mu sprostać. Było to nie do pogodzenia z oczekiwaniami ich głównych partnerów, którzy nawoływali do tego, by przyjęły one rolę kontynentalnego hegemona i wzięły na siebie główny ciężar działań naprawczych. W efekcie dziś muszą sobie radzić z wyzwaniem izolacji.

 

Kryzys „partnerstwa w przywództwie”

Największym problemem dla globalnej pozycji Berlina jest kryzys w stosunkach transatlantyckich. Wywołała go niedyplomatyczna reakcja niemieckiej klasy politycznej na wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA. Minister obrony, Ursula von der Leyen (CDU), nadała ton: „To był dla mnie ciężki szok, gdy zobaczyłam, jak się rzeczy mają.” W ogóle nie dostrzegła sukcesu Trumpa: „Sądzę, że Donald Trump zdaje sobie sprawę, że nie głosowano na niego, ale przeciwko Waszyngtonowi.” Ten brak uprzejmości można tłumaczyć zaskoczeniem, jednak autorzy następnych wypowiedzi świadomie chcieli obrazić prezydenta-elekta. Minister spraw zagranicznych, Frank-Walter Steinmeier (SPD), wypalił: „Wynik wyborczy jest inny, niż życzyłaby sobie większość Niemców”. Poza tym skarżył się na brak konkretów w programie Trumpa i żądał od niego wyjaśnień w tej materii. Wszystkich przebił wicekanclerz, Sigmar Gabriel (SPD), który określił prezydenta-elekta mianem „pioniera szowinistycznej i autorytarnej międzynarodówki”.

Na tym tle komentarz kanclerz Angeli Merkel mógłby się jawić jako stonowany. Przypomniała ona, że RFN i USA „łączy głębokie przywiązanie do takich wartości jak demokracja, wolność, respektowanie godności człowieka, niezależnie od jego pochodzenia, koloru skóry, religii, płci, orientacji seksualnej lub poglądów politycznych” i zaproponowała przyszłemu prezydentowi „bliską współpracę na bazie tych wartości“. Większość komentatorów uznała te słowa za niezbyt szczęśliwe, albowiem zrozumiano je jak stawianie warunków Trumpowi.

Niemieccy politycy zdają się zapominać, że relacje niemiecko-amerykańskie miały fundamentalne znaczenie dla porządku pozimnowojennego. Ukształtowane zostały przez wypracowaną w Waszyngtonie w roku 1989 doktrynę „partnerstwa w przywództwie” (partnership in leadership). Amerykanie zdawali sobie sprawę, że samodzielnie nie są w stanie narzucić światu swoich zasad, a więc do ich krzewienia potrzebować będą sojuszników. USA, chcąc utrzymać swoje globalne przywództwo, musiały znaleźć odpowiednich współpracowników. W północnej Eurazji wybór padł na Niemcy, które w kolejnych dwóch dekadach wzięły na siebie główny ciężar rozszerzenia na wschód instytucji euroatlantyckich: NATO i UE.

Trudno sobie wyobrazić, że nowy prezydent USA po tak silnej krytyce ze strony polityków niemieckich dostrzeże w nich strategicznego partnera. I trudno go będzie za to winić, ponieważ to nie on złamał oczywiste reguły dyplomatyczne. Politycy niemieccy, jak zauważył komentator „Frankfurter Allgemeine Zeitung, obrazili prezydenta Stanów Zjednoczonych, a nie Donalda Trumpa. I nie chce się wierzyć, że uczynili to bezwiednie, ponieważ doskonale rozumieją różnicę pomiędzy instytucją (urzędem) a osobą ją sprawującą.

Wydaje się, że oziębienie w stosunkach Berlinem może być Trumpowi na rękę. Z pewnością będzie on kontynuował politykę ograniczania obecności wojskowo-politycznej USA na Starym Kontynencie. Niechęć do współpracy ze strony głównego mocarstwa europejskiego może być dobrym pretekstem do dalszego wycofywania sił i zasobów Ameryki z Europy. Uwolniony potencjał z pewnością zostanie zaangażowany w innych częściach naszego globu.

Niemcy najwyraźniej nie dostrzegli asymetrii interesów. Różnica potencjałów RFN i USA wskazuje, że partnerstwo pomiędzy obydwu krajami nie było równoprawne. A pod względem militarnym Niemcy są po prostu klientem Ameryki. I to właśnie ta nierównowaga powodowała, że Angela Merkel tak blisko konsultowała swoją politykę wschodnią z Barackiem Obamą. Zdawała sobie bowiem sprawę, że kraje europejskie są militarnie słabe, a zatem nie mają silnych atutów w rozmowach pokojowych z Rosją. Warunkiem skutecznej dyplomacji w konflikcie ukraińsko-rosyjskim było wsparcie najsilniej armii świata.

Niemcy sami sobie strzelili w stopę. Partnerstwo w przywództwie było jednym z najważniejszych czynników szczególnej pozycji RFN w polityce globalnej. Dzięki niemu Berlin, mając realny potencjał predestynujący go do roli mocarstwa regionalnego, grał w wyższej lidze mocarstw globalnych.

 

Francusko-niemieckie złudzenia

Oś Paryż-Berlin była fundamentem integrującej się Europy. Obydwa mocarstwa w latach 90. XX wieku podjęły decyzję o przyjęciu do struktur integracyjnych państw środkowej i południowej Europy. W perspektywie UE miała liczyć prawie 30 członków. To wymagało gruntownego przemyślenia dotychczasowych mechanizmów współpracy, w pierwszej kolejności procesów decyzyjnych.

Europejskie elity uznały, że nie da się utrzymać zasady homogeniczności integracji, tzn. takiego samego zaawansowania procesów integracyjnych we wszystkich krajach członkowskich. Za oczywiste uznano różnicowanie, a więc podział na grupy państw, które będą różniły się intensywnością współpracy. Unia miała stać się strukturą przypominającą koncentryczne kręgi, tworzone przez państwa o podobnym zaawansowaniu procesów integracyjnych. Najwęższy krąg miały wspólnie stworzyć Francja i Niemcy. Ponieważ równolegle z decyzją o poszerzeniu Unii postanowiono o wprowadzeniu wspólnej waluty, to tym samym w sposób naturalny doszło do pierwszego fundamentalnego podziału na strefę euro i resztę państw członkowskich.

Dziś bez ryzyka można stwierdzić, że niemiecko-francuskie próby budowy europejskiego państwa federalnego skończyły się porażką. Fatalny w skutkach błąd popełnił już kanclerz Helmut Kohl, jeden z największych zwolenników federalizmu, ponieważ wyrażając zgodę na przyjęcie euro zrezygnował z postulatu stworzenia unii politycznej w Europie. Według jego pierwotnego planu nowa unia miała mocno stać na dwóch filarach: wspólnej waluty i politycznej federacji. Francuski prezydent, François Mitterrand, nie chciał pogłębienia współpracy politycznej. Zależało mu przede wszystkim na osłabieniu zjednoczonych Niemiec, a więc na odebraniu im najważniej geoekonomicznej broni, jaką była marka. Euro w zamiarach francuskich miała zapewnić utrzymanie mocarstwowej pozycji Paryża w Europie.

Nie powinno więc dziwić, że kryzys w strefie euro prowadzi do rozbratu pomiędzy Berlinem i Paryżem. Wspólna waluta nie spełniła pokładanych w niej nadziei i nie była katalizatorem procesów integracyjnych. Spowodowała, że biedniejszym krajom południa nagle zaoferowano tańszy niż do tej pory kredyt. Politycy włoscy, greccy i hiszpańscy zaczęli nieodpowiedzialne zadłużać swoje kraje; aby utrzymać się przy władzy realizowali wszelkie zachcianki swoich wyborców. W Europie powstał nowy mur, który podzielił ją na wierzycieli i dłużników. Trwające od 6 lat działania antykryzysowe tylko ten podział pogłębiły. Euro okazało się więc rodzajem bomby podłożonym pod fundamenty integracji europejskiej. Co gorsza, politycy nie tylko nie mają realnego pomysłu, jak zasypać ów podział, ale zdają się go w ogóle nie dostrzegać. Kolejne programy naprawcze polegają na przekazywaniu kolejnych kredytów, czyli na dalszym zadłużaniu dłużników. Te tzw. działania antykryzysowe nie pomagają znajdującym się w tarapatach gospodarkom południa, lecz jedynie oddalają w czasie zbliżającą się katastrofę.

Część niemieckich elit, przede grupa szanowanych profesorów ekonomii, od dawna ostrzegała przed zgubnymi skutkami wprowadzenia euro. Jednak politycy nie starali się nawet słuchać ich argumentów. I popełnili poważny błąd, albowiem z diagnoz ekonomicznych wynikają bezpośrednie polityczne skutki. A przede wszystkim ten, że kryzys strefy euro nie pozwoli na powstanie twardego rdzenia w Europie.

Taki wniosek można wyprowadzić z lektury opublikowanej przed rokiem książki Hansa-Wernera Sinna pt.: „Euro. Pokojowa idea, która przyniosła niezgodę” („Der Euro. Von der Friedensidee zum Zankapfel”). Ten najbardziej wpływowy niemiecki ekonomista na 500 stronach dokonał pionierskiej diagnozy choroby toczącej strefę euro.

Polityków najbardziej może zaskoczyć konstatacja, że tzw. unia transferowa w praktyce jest już realizowana. Jest to postulat Francji i związanych z nią krajów południa, aby państwa-wierzyciele przekazywali ogromne kwoty państwom zadłużonym w celu wyrównywania różnic rozwojowych w eurostrefie. Mechanizm wyrównywania poziomów bogactwa i dobrobytu istnieje w Unii od dawna. Taki jest cel dobrze nam znanych funduszy strukturalnych i spójności. Jednak wydatki na nie wynoszą kilka promili PKB całej UE. Natomiast w przypadku unii transferowej chodzi o kwoty znacznie większe, być może nawet na poziomie kilkunastu procent PKB. Właśnie z tego względu najbogatsze kraje są tej idei przeciwne. Berlin wielokrotnie dystansował się od propozycji Paryża.

Sęk w tym że pomimo sprzeciwu wierzycieli setki miliardów euro płyną z północy na południe kontynentu. Dzieje się tak za sprawą nieprzejrzystej i niezgodnej z unijnym prawem polityki Europejskiego Banku Centralnego. Od momentu wybuchu kryzysu finansowego trwa cały czas ogromna akcja kredytowa skierowana do krajów europejskiego południa. Unia bierze tym samym odpowiedzialność za dług państw członkowskich. W ten sposób łamie własne traktaty, które jej tego jednoznacznie zakazują (klauzula „no bail-out” z art. 125 Traktatu o funkcjonowaniu UE).

Sinn wyliczył, że w marcu 2015 r. zadłużenie sześciu państw, które stanowią największy problem strefy euro, czyli Grecji, Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Cypru i Irlandii, osiągnęło astronomiczną kwotę prawie 11 bilionów euro, czyli 335 proc. PKB tych krajów. A to oznacza, że w praktyce jest ono nie do spłacenia i wierzyciele muszą się liczyć ze stratami.

Zdaniem niemieckiego ekonomisty kontynuowanie polityki transferowej musi skończyć się katastrofą. Kredyty w wysokości setek miliardów euro nie przyniosły pozytywnych efektów. Gospodarki państw południa Europy nadal znajdują się w kryzysie. Jedynym wskaźnikiem, który rośnie, jest dług. Transfery są więc grą na czas, tylko odsuwają moment, w którym dojdzie do krachu.

Głównym lekiem na kryzys zadłużeniowy ma być zaprzestanie realizacji unii transferowej, czyli kredytowania przez Unię zadłużonych państw członkowskich. Sinn wskazuje na przykład Stanów Zjednoczonych i Szwajcarii, gdzie rządy centralne nie biorą na siebie odpowiedzialności za długi poszczególnych stanów lub kantonów. Jeśli UE ma przetrwać powinna szanować swoje własne prawo i pozwolić na bankructwo tych państw członkowskich, które prowadzą nieodpowiedzialną politykę pieniężną.

Sinn przekonuje, że Niemcy wcale nie są największymi wygranymi kryzysu w strefie euro. On to bowiem ostatecznie doprowadził do krachu ich dotychczasowej polityki europejskiej, której koncepcja powstała w latach 90. XX wieku.

Euro nie może stać się głównym ośrodkiem procesów integracyjnych, ponieważ zamiast łączyć, dzieli i tworzy fundamentalny konflikt pomiędzy dłużnikami i wierzycielami. Konflikt ten zagraża dziś w istnieniu Unii. Francja i Niemcy, państwa które miały być „motorem” UE, spierają się strategiczny kierunek, w którym miałyby zmierzać. Paryż nie godzi się na realną unię polityczną, albowiem oznaczałaby ona np. wspólne zarządzanie arsenałem jądrowym, a chciałby jedynie, żeby najbogatsze państwa UE wzięły większą odpowiedzialność za długi strefy euro.

W niemieckim dyskursie politycznym coraz częściej pojawiają się propozycje odejścia od koncepcji federalistycznej i od jej głównego postulatu, czyli twardego rdzenia integracji europejskiej. Hans-Olaf Henkel, były prezes Federalnego Związku Przemysłu Niemieckiego, od lat nawołuje do podziału strefy euro na dwa obszary walutowe. W jednym znajdą się Niemcy i bogate państwa północy, a w drugim Francja i jej południowi klienci, co oznaczać będzie ostateczny rozbrat Berlina z Paryżem. Argumentuje on, że obecne zyski z eksportu, jakie gospodarka niemiecka zawdzięcza obecnemu kształtowi strefy euro nie pokryją ogromnych wydatków na podtrzymywanie przy życiu państw-bankrutów. Jego sensowna ekonomicznie argumentacja, zbieżna zresztą z wywodami Sinna, dziś jest uważana jeszcze za herezję. Niemieckie elity i społeczeństwo nie wyobrażają sobie bowiem rozwodu Berlina z Paryżem. Ich polityczne przyzwyczajenia zmieni jednak kolejna odsłona kryzysu zadłużeniowego, gdy przeciętny Niemiec uświadomi sobie, że za sojusz z Francją będzie musiał zapłacić ze swojej emerytury, czyli gdy będzie musiał wybierać pomiędzy nim a dostatnią i wygodną starością.

Brak jednolitego stanowiska Niemiec i strategicznego kompromisu mocarstw powoduje, że w najbliższym czasie nie należy spodziewać się realnej reformy Unii. Francja nie zrezygnuje z wymuszenia na Niemcach zgody na unię transferową, ponieważ dysponuję silną kartą poparciem Włoch i innych państw południa. To spowoduje, że do momentu nadejścia kolejnej fali kryzysowej Europa pozostanie w swoistym klinczu.

 

Bezdroża Ostpolitik

Najbardziej zadziwia fakt, że impasowi w relacjach transatlantyckich i europejskich towarzyszy pogorszenie stosunków z najważniejszymi graczami w Eurazji. Normalną koleją rzeczy osłabienie wektora zachodniego polityki niemieckiej powinno przynieść wzmocnienie wektora wschodniego. Nic z tych rzeczy.

Słabość pozycji Berlina ujawniła wojna na Ukrainie, podczas której Putin podważył fundament całego pozimnowojennego porządku europejskiego. Aneksja Krymu stanowiła bezprzykładne pogwałcenie dwóch podstawowych zasad: nienaruszalności granic i zakazu użycia siły w stosunkach międzynarodowych. Kreml dowiódł, że mit „końca historii” nie ma realnych podstaw.

I w tym przypadku kandydat na europejskiego hegemona się nie sprawdził. Angela Merkel jak zwykle grała na przeczekanie. Mogła zakończyć kryzys, ale musiałaby wykazać się charakterem i odwagą, wybierając jeden z dwu sposobów. Albo zademonstrować mocarstwowy cynizm i w ramach koncertu mocarstw „sprzedać” Ukrainę Putinowi, albo bronić wartości i zdecydować się na realne sankcje wobec Moskwy, które uderzyłyby w rosyjski eksport surowców energetycznych. W rzeczywistości wybrała strategię lawirowania, opowiadając się jednocześnie za sankcjami na niby i za współpracą z Rosją w ramach budowy gazociągu Nord Stream. Taka polityka tylko zachęciła Putina do kolejnych prób destabilizowania Zachodu. Dopiero dziś do świadomości niemieckich elit dochodzi, że Kreml prowadzi z nimi brutalną wojnę informacyjną. Ale i ten fakt nie popchnął ich do podjęcia bardziej zdecydowanych działań wobec Moskwy. Tego rodzaju irracjonalny appeasement tylko częściowo tłumaczy fakt, że ma on błogosławieństwo Ameryki.

Po oziębieniu stosunków z Moskwą doszło do pogorszenie relacji z Chinami – drugim po Rosji najważniejszym mocarstwem Eurazji. Ostatnia wizyta wicekanclerza RFN, Sigmara Gabriela, w Chinach w listopadzie 2016 r. przyniosła zauważalne ochłodzenie pomiędzy obydwoma mocarstwami.

Wizyta ta zapowiadała się od samego początku źle. Jeszcze przed wylotem wicekanclerza chińskie ministerstwo spraw zagranicznych zawezwało zastępcę ambasadora RFN i przekazało na jego ręce protest. Chińczycy byli niezadowoleni z niemieckiej debaty na temat chińskich inwestycji a w szczególności z rzekomych amerykańskich nacisków, aby nie dopuścić do zakupu przez Chińczyków jednej z niemieckich firm wysokich technologii.

Dalej było już tylko gorzej. W Pekinie Gabriel miał wystąpić wspólnie z chińskim ministrem handlu Gao Huchengiem przed członkami niemiecko-chińskiej komisji gospodarczej. Spotkanie to niespodziewanie zostało odwołane. Według „Frankfurter Allgemeine Zeitung” przyczyną jego zerwania była wypowiedź jednego z chińskich wiceministrów handlu, który zarzucił, że w Niemczech panują „nastroje wrogie inwestycjom”. Ta sama gazeta przywołała wypowiedź chińskiego ambasadora w Berlinie, który skarżył się na „narastające tendencje protekcjonistyczne” w Niemczech. Z kolei Gabriel, jak relacjonuje gazeta, „nie pozostawił w Pekinie najmniejszej wątpliwości, że chińskie inwestycje w Niemczech i w Europie będą ściślej kontrolowane i jeśli zajdzie taka potrzeba udaremniane”. Zapowiedział większą twardość wobec Pekinu i zdecydowaną obronę niemieckich inwestorów, którzy mają być dyskryminowani w Państwie Środka.

Narastający kryzys w relacjach Berlina z Pekinem nie powinien dziwić. Już czerwcowa wizyta kanclerz Merkel w Chinach pełna była zgrzytów. Tygodnik „Die Zeit” zrelacjonował ją w artykule pod wielce symptomatycznym tytułem: „Ostre konflikty z trudnym partnerem”. Obydwa kraje są nastawione na eksport i konflikt między nimi był nieunikniony, szczególnie kiedy saldo obrotów handlowych stawało się coraz bardziej korzystne dla Chińczyków. Do tego dochodzi niespotykana skala chińskich inwestycji w Niemczech. Niemcy obawiają się, że dzięki nim Chińczycy wejdą w posiadanie ich własnych technologii i innowacji i tym samym staną się bardziej konkurencyjni na globalnym rynku.

Jeszcze jaskrawszym symptomem kryzysu niemieckiej polityki wschodniej jest oziębienie stosunków z krajami Europy Środkowej i Wschodniej. Ten region do niedawna uznawany był za strefę wyłącznych wpływów Berlina. Niemcy przez ostatnie ćwierćwiecze bez trudu blokowały powstanie jakiejkolwiek koalicji, która mogłaby się im przeciwstawić. Przyzwyczaiły się do narzucania swojej woli słabszym klientom. Mocarstwowa hybris z reguły wywołuje reakcje. Gdy w ubiegłym roku Berlin zmusił Czechy, Słowację i Węgry do przyjęcia kwot imigrantów, te zbuntowały się, wypowiedziały mu posłuszeństwo i po raz pierwszy zmontowały wspólna koalicję. Niemcy utraciły kontrolę nawet nad swoim najbliższym regionem!

Niemcy znalazły się więc w dyplomatycznych tarapatach. A przyszłość nie rysuje się raczej w ciemnych barwach. W roku 2017 uwaga niemieckiej klasy politycznej skupi się na prowadzeniu kampanii wyborczej. Tracący grunt pod nogami socjaldemokraci chwytają się wszelkich sposobów, aby spowolnić swój upadek. A ponieważ nie mają żadnych pomysłów w dziedzinie polityki wewnętrznej, będą walczyć z chadekami na polu polityki zagranicznej pod hasłami budowy europejskiego super-państwa i antyamerykanizmu. Największy dotychczasowy atut niemieckiej dyplomacji – ponadpartyjny konsensus w sprawach strategicznych- złożony zostanie na ołtarzu dalszej kariery pozbawionych charyzmy i talentów polityków, takich jak Sigmar Gabriel. A to tylko pogłębi izolację Niemiec na arenie międzynarodowej.

Słabnięcie mocarstwa dominującego w Europie niesie wiele wyzwań. Mocarstwa wypełniają rolę regionalnego stabilizatora. Gdy tracą siły, powstaje próżnia władzy, która musi zostać wypełniona. I w ten sposób tworzy się nowy układ równowagi. To oznacza, że w Europie czeka nas okres nieporządku i niepewności. Tę nową sytuację z pewnością starał się będzie wykorzystać Władimir Putin, który wie, że im słabsze są Niemcy, tym silniejsza – Rosja; wszak potęga ma względny charakter. I nie przeoczy okazji, aby po raz kolejny rozszerzyć swoje wpływy. Najprostszym sposobem do osiągnięcia tego celu będzie zawarcie przez Moskwę nowego układu z Berlinem. Tracące siły Niemcy mogą nie oprzeć się pokusie.

Możliwy jest też inny scenariusz. Taki mianowicie, że kraje środkowoeuropejskie stworzą ugrupowanie, które zacznie się liczyć na europejskiej szachownicy. Jednak nawet gdy im się to uda, to razem będą za słabe, aby odgrywać rolę trzeciej siły (kraje V4 to kilkanaście procent ludności UE i kilka – jej gospodarki). Dlatego mogłyby one próbować zawrzeć nową (uwzględniającą ich realną podmiotowość) umowę z Niemcami i stworzyć nowy układ, stabilizujący sytuację w Europie Środkowej. A to, z jednej strony, wymagać będzie zmiany paternalistycznego stosunku Berlina do swych byłych satelitów, a z drugiej, większego wysiłku i odpowiedzialności Polski i jej regionalnych partnerów.

Dylemat niemieckiej potęgi polega na wyborze pomiędzy dwoma strategiami, dążeniem do hegemonii lub do układu równowagi sił. Największym paradoksem jest fakt, że projekty federalizacyjne, służące pogłębianiu integracji europejskiej, tworzyły uwarunkowania do dominacji Niemiec na kontynencie. Praktyka była więc niezgodna z teorią, która sugerowała, że przekazywanie kompetencji przez państwa narodowe instytucjom ponadnarodowym osłabi wpływy mocarstw. Dlatego wyjściem z obecnego kryzysu wydaje się być taka reforma Unii Europejskiej, która przywróci równowagę pomiędzy mocarstwami a krajami małymi i średnimi. A więc powrót do zasad obowiązujących przed zawarciem traktatu lizbońskiego.

Wszystkie teksty (bez zdjęć) publikowane przez Fundację Warsaw Institute mogą być rozpowszechniane pod warunkiem podania ich źródła.

Tags: