THE WARSAW INSTITUTE REVIEW

Data: 10 czerwca 2017    Autor: Mariusz Klarecki, PHD

Wojenne straty prywatnych zbiorów artystycznych i kolekcji mieszkańców Warszawy

Przedwojenne prywatne zbiory artystyczne i kolekcje mieszkańców Warszawy wraz ze zgładzeniem mieszkańców oraz zniszczeniem miasta, straciliśmy niemal w całości. Tak jak część muzealiów lub bibliotek udało się po wojnie odzyskać, tak nie inwentaryzowane powszechnie zbiory prywatne przepadły. Zachowane dokumenty oraz liczne relacje świadków jednoznacznie wskazują, że nie wszystkie zabytki zostały zniszczone, a znaczna ich część została zrabowana przez niemieckiego okupanta.

Warszawa była przed wojną miastem zamieszkałym przez niemal 1300 tys. mieszkańców[1].  W wielu domach każde kolejne pokolenie gromadziło dzieła sztuki, antyki, historyczne pamiątki oraz kolekcje tematyczne powiększając z biegiem czasu zgromadzone dobra kulturalne. Wiele cennych przedmiotów, a także rodzinnych skarbów zbierano przez wieki, a każde pokolenie wzbogacało o kolejne nabytki. Dzieła sztuki zdobywano z trudem zarówno w kraju, jak i za granicą, dużym nakładem środków i pracy. Obok bogatego wyposażenia domów, znalazły się przedmioty wybitne, w tym arcydzieła sztuki europejskiej i polskiej. Ze względu na długi okres zniewolenia narodu polskiego, szczególnie bolesną stratą jest ubytek materialny sztuki polskiej. Rzemiosła artystycznego, ale przede wszystkim malarstwa. Strata twórczości plastycznej dotyczy zarówno artystów, których dorobek artystyczny, na skutek zniszczenia nie został zauważony, jak i twórców znanych, zajmujących wysoką pozycję w historii polskiego malarstwa. Zniszczenie artystycznych prac, spowodowało, że stan wiedzy w polskiej historii sztuki na temat malarstwa poszczególnych twórców jest i już zawsze pozostanie niepełny, a w wielu wypadkach wręcz szczątkowy. Po wojnie architekturę zabytkową najcenniejszych warszawskich kamienic i pałaców odbudowano, bogactwa dawnych wnętrz nie zdołano jednak odtworzyć.

Bombardowanie lotnicze stolicy rozpoczęło się 1 września. Po tygodniu do bram miasta dotarły pierwsze jednostki Wehrmachtu rozpoczynając regularne oblężenie i ostrzał artyleryjski ze wszystkich kierunków. W ogniu pożarów oraz rozrywających się pocisków, szczególnie ucierpiało historyczne centrum. Jednym z najważniejszych celów dla samolotów Luftwaffe była siedziba Dowództwa Sztabu Obrony Warszawy znajdująca się w Pałacu Andrzeja Zamojskiego przy ul. Nowy Świat 67. Na jej tyłach znajdował się tzw. „kwartał antykwaryczny” skupiony wokół ulic: Mazowieckiej, Świętokrzyskiej, Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście oraz Traugutta. Nasilenie bombardowań w tej części miasta, przyczyniło się do znacznych strat dzieł sztuki i antyków w znajdujących się tam salonach antykwarycznych[2]. W wyniku bombardowań we wrześniu 1939 roku został całkowicie spalony  położony przy Placu Małachowskiego 4, Pałac Jana Leopolda Kronenberga. Leopold Kronenberg posiadał znakomite zbiory, zarówno malarstwa  jak i rzemiosła artystycznego[3]. Podczas pierwszych nalotów na stolicę całkowicie spłonęła duża kolekcja przemysłowca Edwarda Natansona, założona jeszcze w 1850 roku przez znanego lekarza Ludwika Natansona. Edward Natanson zamieszkiwał kamienicę przy ul. Królewskiej. Kolekcjoner stracił 60 obrazów o wybitnej wartości artystycznej autorstwa m.in.: J. Matejki, A. Gierymskiego, J. Chełmońskiego, Juliusza i Wojciecha Kossaków, J. Fałata, S. Wyspiańskiego, J. Brandta, W. Podkowińskiego, J. Malczewskiego, J. Lampiego, M. Bacciarellego oraz znakomitych malarzy zachodnioeuropejskich: J.B. Greuze`a, F. Boucher`a, G. Reni, mistrzów holenderskich i innych. Ponadto zniszczeniu uległy znajdujące się w mieszkaniu liczne meble francuskie z XVIII wieku, a także rzemiosło artystyczne, w tym aż 18 waz z XVIII wiecznej wytwórni królewskiej Stanisława Augusta Poniatowskiego w Belwederze[4]. Obecnie w polskich zbiorach muzealnych na terenie całego kraju znajduje się zaledwie niemal tyle samo zabytków z tej wytwórni.

Od pierwszego dnia wojny, priorytetem była ochrona zbiorów muzealnych, w szczególności z intensywnie bombardowanego Zamku Królewskiego oraz pałacu w Łazienkach Królewskich. Dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie, Stanisław Lorentz, wspomina, że w pierwszych dniach po wybuchu wojny „zaczęły napływać większe i mniejsze depozyty od osób opuszczających Warszawę i z mieszkań zrujnowanych”[5]. Ponadto w muzeum znajdowały się już wcześniej depozyty od osób prywatnych. Na początku bombardowania miasta został w większości zniszczony pociskiem artyleryjskim „bardzo cenny depozyt gen. Tadeusza Bylewskiego, złożony w Muzeum w roku 1932, a obejmujący 71 zegarów z czasów od XVI do XIX wieku, z wielu unikatami polskimi i obcymi. Zawierał ten depozyt, który miał być przekazany Muzeum w darze, wiele zegarów dużych wymiarów – szafkowe, ścienne itd., które trudno było zapakować i przenieść […] z całego zbioru ocalało tylko 20 zegarów i to w bardzo żałosnym stanie”[6]. Michał Walicki, pracownik Zamku Królewskiego, bezskutecznie próbował namówić dr Ludwika Bryndzy-Nackiego do przechowania jego zbiorów w bezpiecznych podziemiach Muzeum Narodowego. Kolekcja Bryndzy-Nackiego w całości spłonęła podczas bombardowania Warszawy we wrześniu 1939 roku. Właściciel zbiorów mieszkał przy Krakowskim Przedmieściu. Jego kolekcja zawierała zbiór 112 obrazów doborowego malarstwa polskiego oraz mniej znanych mistrzów malarstwa flamandzkiego i holenderskiego z XVII wieku. Obrazy, które spłonęły były znane publiczności, ponieważ właściciel udostępniał swoje zbiory na krajowych wystawach. W ten sposób zachowały się fotografie wielu z tych przedmiotów[7].

Straty dotknęły również licznych mieszkańców Warszawy, którzy posiadali swoje pałace i dwory poza miastem. Niektóre z posiadłości ziemskich znajdowały się bardzo blisko stolicy i zostały zajęte przez wojska niemieckie, przygotowujące się do oblężenia miasta. Czesław i Irena Ludwig, posiadacze ziemscy, dysponowali majątkiem „Basiówka” na Młocinach. Dom wraz z całym wyposażeniem został przez Wermacht podpalony 22 września. Płomienie strawiły zabytkowe meble, stare sztychy, brązy, dywany, malarstwo polskie i obce[8]. W relacjach mieszkańców Warszawy szczególnie mocno zapisała się data 25 września 1939 roku. Wobec długotrwałej obrony polskiej stolicy, dowództwo niemieckie zdecydowało się na bardziej drastyczne środki. Jak pisał Władysław Bartoszewski: „Po całonocnym ostrzale artyleryjskim miasta, począwszy od godz. 7.00 aż do zmroku trwa bombardowanie lotnicze o niespotykanym dotychczas natężeniu. Paręset samolotów nadlatujących systematycznie falami zrzuca ładunki bomb burzących i zapalających na centralne dzielnice Warszawy”[9]. Tego dnia Luftwaffe wykonała nad miasto 1 176 lotów. Przez cały dzień miasto nieustannie bombardowało ponad 400 samolotów zrzucając na Warszawę 560 ton bomb burzących oraz 72 tony bomb zapalających[10].

Halina Wilder, wdowa po historyku sztuki, posiadała w swoim mieszkaniu przy ul. Czackiego duży zbiór przedmiotów artystycznych. Mieszkanie znajdowało się w szczególnie bombardowanym kwartale. W Atakach bombowych z 25 września zniszczeniu uległa bogata kolekcja malarstwa obcego i polskiego takich autorów, jak: J. van Loo, A. van Ostade, J. Steen, L. Wyczółkowski, J. Matejko, S. Wyspiański, J. Mehoffer i inni. Ponadto w mieszkaniu znajdowała się kolekcja dawnej porcelany, zbiór starej i nowoczesnej grafiki, zbiór autografów oraz XVI-wiecznych druków. Bombardowanie, tego dnia ostatecznie zniszczyło Bibliotekę i Muzeum Ordynacji Przezdzieckich. Zbiory Przezdzieckich składały się z cennego księgozbioru w ilości 60 000 tomów, 500 rękopisów. W rodzinnym archiwum znajdowało się 800 historycznych dokumentów oraz zbiór kartograficzny liczący 350 map i atlasów. Do najcenniejszych należała kolekcja 10 000 rycin i rysunków, głównie najwybitniejszych artystów polskich. Galerię malarstwa polskiego i obcego stanowiło 200 obrazów. Osobne kolekcje stanowił zbiór gobelinów, mebli, porcelany, szkła, brązów, militariów. Znaczące straty poniosły Biblioteka i Muzeum Ordynacji Zamojskich, gdzie utracono 50 000 dzieł, czyli około 30 procent zbiorów[11].

Wobec wysokich strat ludzkich oraz materialnych 28 września strona polska zdecydowała się na kapitulację i poddanie miasta. Według obliczeń od 8 do 28 września, poległo około 6 000 żołnierzy oraz 25 000 ludności cywilnej[12]. Bombardowanie stolicy zniszczyło ok. 10-20 procent zabudowy[13]. Niestety los budynków mieszkalnych podzieliły również znajdujące się w mieszkaniach zbiory.

Począwszy od pierwszych dni okupacji, warszawskie domy nachodzili żołnierze i urzędnicy niemieccy w celach rabunkowych. Grabieży często dokonywano z zaskoczenia zastraszając przy tym rabowaną rodzinę. W wielu polskich rodzinach brakowało mężczyzn, którzy jako żołnierze polskich sił zbrojnych, przebywali w obozach jenieckich. Podporucznik Stefan Gierowski, został zmobilizowany na front. W mieszkaniu przy ul. Madalińskiego, pozostała jedynie żona. Podczas nieobecności wojskowego, w październiku 1939 roku „…Gestapo skonfiskowało wszystko z mojego mieszkania, z cenniejszych rzeczy, zostawiając tylko meble”. Gierowski posiadał kilka cennych zbiorów. Należał do nich stary księgozbiór poloników w ilości 1 000 tomów, zbiór 100 exlibrisów, zbiór królewskich autografów w ilości 20 sztuk oraz zabytkowa porcelana. Kolekcję starej polskiej broni, liczącą 50 eksponatów, stanowiły: karabele, pancerze, misiurki, karwasze, broń europejska oraz wschodnia[14].

Zdarzało się, że najeźdźcy dokładnie wiedzieli, czego i gdzie szukać. Opisana przez Kazimierza Moszkowskiego historia grabieży najwybitniejszych przedmiotów z kolekcji, jest przykładem na to, jak znakomicie Niemcy przygotowały się do grabieży polskich dóbr kulturalnych, jeszcze przed napaścią na Polskę. Pasjonat, mieszkający przy ul. Śniadeckich, posiadał kilka niezwykłych instrumentów muzycznych o wyjątkowej wartości artystycznej i historycznej. Właściciel przed wojną zabiegał o zdobycie odpowiednich certyfikatów i ekspertyz dla poświadczenia autentyczności przedmiotów. W tym celu najprawdopodobniej wyjeżdżał z instrumentami do Niemiec i Austrii, a być może również prezentował swoją kolekcję na wystawach. Przed wojną znane były przypadki, gdy polscy kolekcjonerzy w celu uzyskania certyfikatu autentyczności posiadanych cennych zabytków, konsultowali się ze specjalistami z Wiednia i Berlina. Jak zapisał K. Moszkowski: „…wszystkie 4 instrumenty, były zabrane przez 3 młodych lotników niemieckich, którzy na 4 czy 5-ty dzień po wejściu do Warszawy, w październiku 1939 roku, zjawili się u mnie w mieszkaniu z listą instrumentów moich i zażądali wydania ich pod groźbą aresztu lub użycia broni. Ci lotnicy nie byli fachowcami, choć mieli pojęcie o wartości rzeczy i byli przysłani przez fachowców z Berlina”. Do kolekcji Kazimierza Moszkowskiego należały oryginalne skrzypce Antoniego Stradivariusa z 1705 roku. Instrument ten przez wiele lat należał do polskiego kompozytora i skrzypka o międzynarodowej sławie – Henryka Wieniawskiego. Wartość skrzypiec została oszacowana na 25 000 dolarów amerykańskich lub 250 000 przedwojennych złotych. Drugim niezwykłym instrumentem były skrzypce J. Guarneri del Gesu z 1741 roku. Wartość skrzypiec była taka sama jak w przypadku instrumentu wykonanego przez Stradivariusa. Kolejnym wybitnym instrumentem, skradzionym przez żołnierzy była wiolonczela A.H. Amati z 1604 roku „nabyta u Geissera w Petersburgu przez Wierzbiłowicza. Do wiolonczeli dołączone były dwa smyki Fr. Tourne oraz D. Peccatte o wartości 1 000 dolarów” – pisał Moszkowski. Czwarty instrument stanowiła altówka J.B. Guadagniniego, pochodzącego z Mediolanu, instrument wykonano w 1710 roku. K. Moszkowski, posiadał jeszcze wiolonczelę „Matteo Goffiller Venezia, znajdująca się w antykwariacie T. Parzufika, a spaloną podczas powstania warszawskiego wraz z innymi instrumentami należącymi do antykwariusza. Wybitną wartość artystyczną stanowiła również kolekcja 20 sztuk XVIII w. dywanów zabranych przez Niemców z majątku K. Moszkowskiego w Winnicy pod Warszawą[15].

Do prywatnych mieszkań początkowo włamywano się pod pretekstem przeprowadzenia rewizji w poszukiwaniu broni lub radia. Przetrząsano całe lokale zabierając kosztowności, pieniądze, obrazy, dywany, meble, odzież, żywność. Szczególnie w pierwszych miesiącach okupacji w kradzieży uczestniczyła również część osób pochodzenia niemieckiego zamieszkująca miasto jeszcze przed wojną. Grabież wartościowych przedmiotów następowała zwykle w asyście żołnierzy Wehrmachtu oraz funkcjonariuszy SS. W stosunku do ludności pochodzenia żydowskiego, rabunku dokonywano jawnie nie tłumacząc się żadnym pretekstem. Włamywano się przy tym do mieszkań zarówno w dzień jak i w nocy. Proceder okradania prywatnych mieszkań, przy każdej nadarzającej się okazji uprawiali nie tylko zwykli żołnierze czy oficerowie, ale również cywilni urzędnicy niemieccy. Podczas wojennego pobytu w Warszawie, Ludwig Fischer, gubernator dystryktu, wnętrza swojej siedziby – Pałacu Brühla ozdobił zrabowanymi w muzeach i mieszkaniach dziełami sztuki. 1 października 1939 roku na stanowisko komisarza Rzeszy dla miasta Warszawy został powołany Helmut Otto. Już kilka tygodni później, jego funkcję przejął wyjątkowo niechętnie nastawionego do mieszkańców Warszawy, Oskar Dengel. Obydwaj niemieccy urzędnicy opuszczając Warszawę, zabrali ze sobą dużą ilość dóbr materialnych pochodzących z kradzieży[16]. Polski reżyser teatralny, Erwin Axer, wiele lat po wojnie, znajdując się przypadkowo w domu jednego z byłych podoficerów SS przydzielonych do „świty” rezydującego podczas okupacji w Warszawie gubernatora Hansa Franka, zauważył na ścianie gabinetu „niewielkiego Kossaka”[17]. Obrazy malarskiej rodziny Juliusza, Wojciecha i Jerzego Kossaków odnoszące się do typowych polskich motywów patriotycznych bardzo często zdobiły przedwojenne domy polskiej inteligencji.

Warszawskie mieszkania prywatne ograbiali pracownicy hitlerowskiej cywilnej administracji państwowej, policji, jednostek NSDAP oraz inne niemieckie instytucje, organizacje, a także przedsiębiorstwa spółdzielcze. Pracownikom urzędu szefa dystryktu oraz biura niemieckiego starosty miejskiego, przydzielano w Warszawie kompletnie wyposażone mieszkania z umeblowaniem, dywanami, dziełami sztuki. Podczas przeprowadzanych przez Gestapo aresztowań osób pochodzenia polskiego, majątek należący do zatrzymanej osoby konfiskowano, a najbliższą rodzinę przebywającą w mieszkaniu wysyłano do obozów koncentracyjnych. Domowe biblioteki przejmowane były oficjalnie przez pracowników urzędu gospodarki majątkami skonfiskowanymi, często w towarzystwie funkcjonariuszy policji niemieckiej. Wielokrotnie grabieży dokonywano także na własny rachunek bez porozumienia z okupacyjnym organem zarządzania wykorzystując do tego celu jedynie swoje stanowisko. Zdarzało się również, że pomiędzy konfiskującymi mienie dochodziło do rywalizacji na tle roszczeń do tych samych przedmiotów . W taki sposób został zrabowany zbiór malarstwa polskiego i obcego prokuratora Rafała Lemkina w mieszkaniu przy ul. Kredytowej. Lokal został kolejno obrabowany przez Gestapo, sąsiadów – Volksdeutsch`ów oraz urzędników niemieckich[18].

Obecnie w rodzinie przedwojennego warszawskiego kolekcjonera, Jana Rykaczewskiego znajduje się oryginalny dokument grabieży dzieł sztuki, sporządzony na papierze firmowym przedsiębiorstwa przewozowego Schenker & Co. G.m.b.H. oraz podpisany przez kierującego grabieżą dzieł sztuki – dr Josefa Mühlmanna. Jest to zaświadczenie upoważniające firmę, do odbioru obrazu „Widok morski ze statkami”, autorstwa XVII-wiecznego malarza holenderskiego Willema Van der Welde, starszego z 1660 roku. Obraz zabrano z mieszkania 22 lutego 1940 roku i dotychczas nie odnaleziono. Pejzaż marynistyczny znalazł się w specjalnym katalogu „Sichergestellte Kunstwerke im Generalgouvernement” ofiarowanym osobiście przez Kajetana Mühlmanna Hitlerowi. Pełny opis w katalogu znalazły 172 obiekty lub grupy przedmiotów pochodzące w większości z warszawskich zbiorów muzealnych. Całkowita zagłada kolekcji Rykaczewskich nastąpiła w spalonym i zburzonym domu przy ul. Miodowej podczas powstania warszawskiego, 22 sierpnia 1944 r. Przepadło 30 obrazów uznanych artystów polskich m.in.: M. Andriolli; A. Grottger; J. Kossak; J. Pankiewicz; S. Popowski; L. Wyczółkowski; M. Wawrzeniecki w tym zbiór 16 obrazów autorstwa W. Pawliszaka, eksponowanych na monograficznej wystawie artysty w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych w 1933 r. Dawne malarstwo zachodnioeuropejskie, reprezentowali tacy artyści jak: P. P. Rubens, Gerrit van Honthorst, „Zaloty”, H. Holbein, i inni. Do rzadkości należała kolekcja 16 pasów słuckich, „w tym 10 złotolitych”. Wśród innych cennych przedmiotów znajdował się stoliczek „weneckiej roboty – pamiątka po rodzicach Szopena” (stolik posiadał blat inkrustowany macicą perłową w „12 motyli i 12 poczwarek tych motyli”), zbiór artystycznej porcelany, „staroświeckiego srebra”, militaria, brązy[19].

Przedwojenny architekt Władysław Michalski oraz bankowiec Andrzej Rotwand byli przyjaciółmi których połączyła kolekcjonerska pasja. Władysław Michalski już na początku okupacji wybudował dla swoich zbiorów ukryty pod domem przy ul. Górnośląskiej schron. Wykop został odpowiednio zabezpieczony. Sufit podstemplowano palami, ściany oraz podłogę wymurowano i zabezpieczono przed wilgocią. W pomieszczeniu wielkości dużego pokoju zgromadzono w skrzyniach zabytki głównie związane z rzemiosłem artystycznym. Pomysł schowku spodobał się Andrzejowi Rotwandowi, który poprosił przyjaciela o pomoc w wykonaniu podobnej konstrukcji pod jego domem znajdującym się przy ul. Chocimskiej  8/10. Andrzej Rotwand posiadał kolekcję malarstwa polskiego liczącą ponad 150 obrazów, w tym wiele muzealnych arcydzieł. Przedwojenna kolekcja, zebrana w dużej mierze jeszcze przez ojca Andrzeja – Stanisława Rotwanda, była uznawana za jeden z najwybitniejszych prywatnych zbiorów obrazów w Polsce[20]. Kolekcjoner zdecydował się cały zbiór malarstwa zdeponować w Muzeum Narodowym w Warszawie, zostawiając w skrytce pod domem pokaźny zbiór rzemiosła artystycznego. Około 1941 roku, Niemcy, w celu przejęcia większych willi dla żołnierzy i urzędników niemieckich przeprowadzili inspekcję domu Władysława Michalskiego. Oficer niemiecki podczas wizytacji mieszkania Michalskiego rozpoznał w nim kolegę z okresu studiów architektonicznych w Lipsku. Za namową niemieckiego kolegi, rodzinie kolekcjonera umożliwiono przeprowadzkę do dużego mieszkania, nieopodal placu Napoleona. Michalski przewiózł całe wyposażenie, w tym także zawartość skrytki pod domem, do nowego mieszkania w centrum miasta. Podczas powstania warszawskiego okolice placu Napoleona były szczególnie intensywnie bombardowane przez Niemców. Celem ataków był przede wszystkim wysoki budynek Prudentialu oraz gmach Poczty Polskiej. Jeden z pocisków wystrzelonych z tzw. „krowy”  (wyrzutnie rakietowe Nebelwerfer) 24 sierpnia całkowicie zburzył kamienicę, w której znajdowało się mieszkanie Władysława Michalskiego. W zawalonej kamienicy został bezpowrotnie zniszczony cały zbiór kolekcjonera. Podczas bombardowania śmierć poniósł również właściciel kolekcji. Z gruzów budynku, po powrocie do Warszawy w 1945 r., odkopano jedynie fragmenty potłuczonych i spalonych figurek porcelanowych. Pasjonat zgromadził swój zbiór dzieł sztuki, kupując przedmioty w całej Europie, głównie we Wiedniu. Zebrana w latach 1924-39 kolekcja, została zakupiona za ponad 200 000 dolarów amerykańskich. Specjalizacją zbioru była zabytkowa broń i rycerskie oporządzenie. Podobno był to jeden z najwspanialszych przedwojennych polskich zbiorów w tym zakresie. Ozdobą kolekcji broni, była pełna zbroja na konia z warsztatu toledańskiego oraz duża ilość szabel i innego oporządzenia rycerskiego. Do wybitnych egzemplarzy zaliczano zbroję husarską, zakupioną przed wojną od Antoniego Jana Strzałeckiego „wszystko w tej zbroi było bardzo foremne, delikatne, doskonałe w proporcjach i wyglądało przez to bardzo elegancko i lekko” – pisał o niej Strzałecki. W 1933 r. zbroja została nawet wysłana na wystawę zabytków z czasów króla Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego. Na zachowanych fotografiach, obrazujących wnętrze przedwojennego mieszkania Władysława Michalskiego, widoczne są duże szklane gabloty, w których zgromadzono wczesne zabytki z porcelany i szkła. Do najcenniejszych przykładów m.in. wczesnej porcelany miśnieńskiej, należał pokaźny zbiór figurek porcelanowych, w tym samych tylko figur z cyklu „Commedia dell‘arte” w ilości 30-40 sztuk. Z całego zbioru, z gruzów wydobyto spalone i pobite figury J. J. Kändlera oraz kilka innych potłuczonych figurek oraz fragmentów naczyń z innych wytwórni[21].

Inaczej potoczyły się losy zbiorów drugiego z kolekcjonerów – Andrzeja Rotwanda. Pasjonat pozostał w domu przy ul. Chocimskiej. Pod domem nadal znajdował się zamaskowany schowek zawierający wiele cennych przedmiotów z zakresu rzemiosła artystycznego. Kolekcja malarstwa w całości została wywieziona do Niemiec w końcowym okresie wojny. Cały zbiór obrazów prawdopodobnie wywieziono tym samym transportem, którym zabrano zbiory malarstwa z Muzeum Narodowego w Warszawie. Po wojnie, wśród odnalezionych na terenie Niemiec obrazów ze zbiorów muzealnych, znalazły się również niektóre pozycje z kolekcji Rotwandów. Obrazy, które odnaleziono przechowywano następnie, jako depozyt prywatny w Muzeum Narodowym. Wiele z nich zdobiło przez wiele lat Galerię Malarstwa Polskiego (m.in. J. Malczewskiego „Śmierć Ellenai”  i J. Brandta „Alarm” oraz „Utarczka” ). Schowek pod domem, niezdemaskowany przez Niemców oraz szabrowników, ocalał w całości. Jedynie stosunkowo niewielkie szkody uczyniła woda opadowa, która dostała się do wykopu. Andrzej Rotwand przeżył wojnę ukrywając się przed prześladowaniami ludności żydowskiej. Odpowiednie ukrycie oraz opiekę zapewniła mężczyźnie żona, Maria Rotwand.

Podczas okupacji największy ubytek w sferze kultury materialnej ponieśli zamieszkujący przedwojenną Warszawę Żydzi. W gettcie i obozach koncentracyjnych wymordowano niemal wszystkich mieszkańców pochodzenia żydowskiego. Razem ze społeczeństwem żydowskim zginęli ludzie związani z kulturą i sztuką, ale również pasjonaci, do których zaliczali się antykwariusze i kolekcjonerzy. Na podstawie licznych relacji pamiętnikarskich można jednak uważać, że losów właścicieli przedmiotów artystycznych nie podzieliły ich zbiory. Z pewnością duża ich część została sprzedana osobom aryjskiego pochodzenia jeszcze przed przeprowadzką do getta lub już po zamknięciu żydowskiej dzielnicy murem. Z powodu zupełnego zniszczenia getta i konfiskaty nawet najdrobniejszych przedmiotów w drodze do obozów śmierci, nie mogło się zdarzyć uratowanie cennych antyków. Jedyną szansą na ocalenie czegokolwiek było przekazanie zbiorów artystycznych do zaprzyjaźnionych osób poza murem getta. Jednak los dzieł sztuki ocalonych przed zagładą getta, podzielił już rok później los mieszkańców i kamienic pozostałej części miasta.

Ludwik Hirszfeld zmuszony do opuszczeniu domu na Saskiej Kępie i udania się do getta, dowiedział się, że już następnego dnia Niemcy zabrali z jego willi pozostawione tam meble, obrazy, dywany „i wszystko, co im się podobało”[22]. Żona architekta Jerzego Gelbarda Izabella Gelbard – ps. Stefania Czajka cudem ocalała z holocaustu.  Jak zapisała zaraz po wojnie: „W roku 1940 zajechali pod dom [przy ul. Siennej] platformami i zabrali nam całe umeblowanie w tym autentyczne meble z epoki Księstwa Warszawskiego. W roku 1942 zabrali 250 obrazów olejnych, akwareli, sepii i rysunków – nie wymienię wszystkiego, ale zaznaczam najcenniejsze: Picasso z tak zwanej epoki błękitnej”; H. Matisse, „kobieta na wpół rozebrana leżąca na tapczanie (sama mu pozowałam)”; M. Kisling, „portret mojej siostry  m-me Dumus”; M. Kisling, „Kwiaty polne na niebieskim tle”; Raoul Dufy, „Wyścigi konne w Austerlitz”, akw.; Chaim Soutine, „mój portret w różowej bluzce” (jedyny jego obraz w Polsce). Cena tych 6 obrazów na dzisiejsze pieniądze, ceniąc jak najskromniej wynosi 10-15 milionów złotych”. Izabella Gelbard szczególnie przywiązana była do swojej biblioteki liczącej 3 500 książek, w tym wielu rarytasów „latami wyszukiwałam w antykwariatach na Świętokrzyskiej w Warszawie i w gablotkach na wybrzeżu Sekwany w Paryżu – od Horacego, Petroniusza w pergaminowych starych okładkach”[23]. Kobieta w końcowym okresie wojny, zaciągnęła się, a następnie szybko awansowała w strukturach Ludowego Wojska Polskiego. Strata tak znakomitej kolekcji spowodowała, że Gelbard zrobiła wszystko, żeby dołączyć do muzealnego zespołu Stanisława Lorentza poszukującego zaraz po wojnie zagrabionych z Polski dzieł sztuki na terenie Śląska. Kolekcja należąca do Gelbardów do dnia dzisiejszego nie została odnaleziona.

Podczas pacyfikacji dzielnicy getta, zupełnej zagładzie uległ ogromny obszar miasta. Duża część przedmiotów artystycznych, należąca przed wojną do Żydów, została skonfiskowana i zniszczona przez okupantów niemieckich lub wprowadzona w obieg rynku antykwarycznego po aryjskiej stronie miasta. W okresie poprzedzającym wybuch powstania w gettcie, zubożone zupełnie rodziny żydowskie, nie posiadały już żadnego mienia. Dzieł sztuki i antyków wyzbywano się w pierwszej kolejności, by zdobyć jedzenie oraz lekarstwa niezbędne do przeżycia. Zofia Wróblewska, opisuje we wspomnieniach, jeszcze inne, makabryczne wyjście z trudnego położenia zamkniętych w gettcie Żydów: „Sabina zaczęła namawiać, żeby sprzedać wszystko… Co? – żyrandole, obrazy, kredens. Kupić za to dużo jedzenia, zjeść razem kolację i zażyć cyjankali. Nikt jeszcze wtedy nie myślał o tym, że to poniekąd jedyne, godne wyjście z tej sytuacji”[24].

Warszawa tuż przed wybuchem powstania liczyła około 950 000 mieszkańców[25]. Szacuje się, że do dnia wybuchu walk powstańczych eksterminacja ludności żydowskiej włącznie z wywozem do obozów koncentracyjnych objęła około 370-400 tysięcy osób na terenie Warszawy. Według obliczeń Władysława Bartoszewskiego, w wyniku okupacji stolicy do sierpnia 1944 roku zostało zamordowanych około 30 000 Polaków, a do prac przymusowych w Rzeszy skierowano niemal 100 000 osób[26]. Uwzględniając zagładę ludności żydowskiej, która przed wojną stanowiła więcej niż czwartą część mieszkańców stolicy, jak również rozstrzeliwania, aresztowania i wywóz do obozów koncentracyjnych aryjskich mieszkańców miasta, straty mienia artystycznego w okresie okupacji można oszacować na około 20 – 30 procent stanu przedwojennego.

W lipcu 1944 roku, wojenny front zbliżał się do Warszawy. Wiele osób mieszkających na przedmieściach, nauczonych doświadczeniem z pierwszej wojny światowej, gdzie główne walki toczyły się na przedpolu a nie wewnątrz miasta przewiozło cenniejsze rzeczy do Warszawy. W ten sposób duże ilości dzieł sztuki z podwarszawskich willi, dworków i pałaców trafiło do rodziny lub znajomych mieszkających w dzielnicach centralnych. Za bezpieczne miejsca do przechowania dzieł sztuki uważano również warszawskie kościoły i klasztory. Jako grabieżców postrzegano również nadchodzące wojska radzieckie. Maria Chodźko, siostra archiwistka z klasztoru sióstr Wizytek na Krakowskim Przedmieściu 34, wspomina: „W lipcu 1944 roku, przed samym wybuchem Powstania, kto żyw przywoził z prowincji swe skarby do Warszawy. Spodziewano się, że nadchodząca Armia Czerwona, znana ze swych rabunkowych wyczynów, nie będzie tak bezkarna w dużym stołecznym mieście”[27].

1 sierpnia 1944 roku wybuchło trwające 63 dni powstanie warszawskie. Niemcy postanowili rozprawić się z powstańcami, ale także ludnością cywilną, wyjątkowo krwawo i bezlitośnie. Szczegółowe dyspozycje dotyczące sposobu postępowania z powstańczą Warszawą, wydał Himmler: „1. Ujętych powstańców należy zabijać bez względu na to, czy walczą z Konwencją Haską, czy ją naruszają; 2. Niewalcząca część ludności, kobiety i dzieci, ma być również zabijana; 3. Całe miasto ma być zrównane z ziemią, to jest domy, ulice, urządzenia w tym mieście i wszystko co się w nim znajduje”[28]. Jeden z żołnierzy z RONA relacjonuje: „Otrzymaliśmy rozkaz, by Warszawę znieść z powierzchni ziemi, a ludzi mieszczących się nawet wśród gruzów, bez miłosierdzia wyrżnąć”[29]. Podczas pacyfikacji pierwszych warszawskich dzielnic, Woli i Ochoty, działano według stałego schematu. Esesmani najpierw wpadali do mieszkań bijąc ludzi, następnie gorączkowo przeszukiwali mieszkania oraz rewidowali domowników. Po wyrzuceniu mieszkańców na podwórze, na mężczyznach przeprowadzano egzekucje a kobiety gwałcono, a także razem z dziećmi zabijano. W tym czasie w mieszkaniach przeprowadzano dokładniejszą rewizję, której towarzyszyło demolowanie niemal wszystkiego: rozbijanie mebli, tłuczenie luster i szyb, niszczenie obrazów, rwanie firan, materaców oraz pościeli. Po zakończeniu pacyfikacji domu lub bloku, żołnierze podpalali zarówno mieszkania, jak i rozstrzelane ofiary, spiesząc się do następnego w kolejności domu. Pozostawioną przy życiu ludność zaganiano do obozu przejściowego. Wtargnięciom do kolejnych domów towarzyszyły dzikie wrzaski. Grabieżcy zniecierpliwieni zbyt powolnym ściąganiem zegarka czy zdejmowaniem pierścionka z palca, bili swoje ofiary. Kobietom bez odpinania zrywano kolczyki z uszu, rozstrzeliwanym zabierano obrączki obcinając palce ofiar. Żołnierze szukali przede wszystkim pieniędzy i biżuterii, które można było łatwo zabrać ze sobą. Podczas plądrowania pokoi chwytano różne przypadkowe przedmioty, jak np. zegary, które zaraz rozbijano lub zabierano ze sobą. Gdy w innym mieszkaniu znajdowano ciekawszy lub bardziej wartościowy przedmiot, wyrzucano ten, który dotąd trzymano w ręce. Począwszy od 7 sierpnia esesmani wstrzymali podpalenia dochodząc do wniosku, że w pożarach płonie zbyt duża ilość drogocennego mienia. Odtąd całe wyposażenia mieszkań ładowano na transporty kolejowe i samochodowe w celu wywiezienia ich do Rzeszy.

W Śródmieściu Północnym, podczas walk z powstańcami, niemieccy żołnierze, najwartościowsze łupy przynosili z położonych w pobliżu mieszkań. Po wyszabrowane dobro, regularnie przyjeżdżały wojskowe samochody ciężarowe. W pierwszych dniach powstania, grabieżą zajmowali się tylko oficerowie, z czasem zaczęli brać z nich przykład także szeregowi żołnierze. Upychane w walizkach przedmioty przynoszono przede wszystkim z mieszkań na Krakowskim Przedmieściu oraz Powiślu. Zdaniem Wacława Borowego „każdy z nich, co parę dni wysyłał 6 do 10 walizek”[30]. Rabusie zakładali na ręce „całe serie zegarków bransoletkowych”, a ich palce od dołu do góry pokryte były pierścionkami[31]. Jak zapamiętała Maria Grajkowska-Bryjowa, zamieszkała przy ul. Pierackiego (obecnie ul. Foksal), zaraz po wkroczeniu do opuszczonego przez powstańców domu „Niemcy, byli jacyś niespokojni, biegający z domu do domu. […] Gdzieś w pobliżu słychać było pijane, wrzaskliwe śpiewy niemieckie w takt skocznej muzyki gramofonowej. Co chwilę wpadał jakiś esesman, szperali w szafach, twierdząc, że oni nie kradną, chcą tylko przesłać swoim żonom „Andenken aus Warschau” („Pamiątki z Warszawy”)[32]. Interesująca jest relacja Jana Damskiego, który zatrudniony był wraz z narzeczoną do zorganizowania zaimprowizowanego szpitala w oficynach Pałacu Brühla. Spotkał on esesmana „z koszykiem wyładowanym pięknymi kryształami, które najwyraźniej ukradł”. Niemiec w zaufaniu przekazał autorowi relacji informacje następującej treści: „codziennie o czwartej odwozimy do Jabłonny swoje przesyłki do Niemiec”. Esesmani, to co udało im się ukraść wywozili za miasto i tam ładowali na „wielką ciężarówkę”, skąd transport bezpośrednio jechał zapewne do rodzin żołnierzy[33].

Wacław Borowy najbardziej zbulwersowany był zachowaniem kompanii przestępców – Sträflingskompanie. Żołnierze z tej jednostki, prześcigali się w paskudzeniu ścian oraz bibliotecznych książek i atlasów, jednocześnie mieszkając w kloace, którą sami wokół siebie tworzyli. Podczas zbrojnych wypadów tej kompanii na Powiśle i pobliskie ulice, żołnierze zawsze wracali obładowani łupami. Jak zauważył Borowy wśród rabowanych przedmiotów przeważały „monstrancje, złote naczynia kościelne, mnóstwo zegarków i pierścionków. Każdy miał kosztowności po parę kilo” . Do najbardziej poszukiwanych przez żołnierzy przedmiotów, należały polskie ordery, a szczególnie ich miniatury przypinane „po sześć, po osiem – do zegarków”[34].

Pałacyk należący do Benedykta Tyszkiewicza położony był przy ul. Matejki. We wnętrzach budynku znajdowały się nieprzebrane ilości wspaniałych zabytkowych przedmiotów obejmujących wszystkie dziedziny sztuki z najdalszych historycznych epok.  Pierwszego dnia sierpnia 1944 roku, pod drzwiami pałacu zjawili się żołnierze niemieccy grożąc, że za 20 minut spalą budynek. Chcąc uchronić przed pożarem jak największą ilość zabytków, Benedykt Tyszkiewicz wraz z lokajem błyskawicznie, co tylko zdołali, wyrzucili przez okna do ogrodu. Były to m.in.: „obrazy Baciarellego, obrazy mistrzów włoskich, francuskich i holenderskich, znakomita grafika i rysunki, oprawne i w tekach […] dużo pięknych mebli, zegarów, sreber i dywanów”. Pałac oraz wszystkie budynki na tej ulicy zostały spalone[35].

Podczas walk powstańczych w Śródmieściu, uległy zagładzie przechowywane przez 150 lat w rodzinie zbiory artystyczne należące do Andrzeja Boniego zamieszkałego przy ul. Okólnik. Szczególną wartość stanowił zbiór rysunków, część z nich opatrzonych zostało własnościowymi pieczątkami poprzednich kolekcjonerów, wśród których figurowało wiele znakomitych nazwisk europejskich. Kolekcja należąca do A. Boniego przed wojną była znana i opisywana w prasie. Marian Dienstl-Dąbrowa w artykule zamieszczonym w piśmie AS w marcu 1939 roku  opisał całą kolekcję, a także zamieścił fotografię przedstawiającą kolekcjonera wśród zgromadzonych w mieszkaniu zbiorów. Autor artykułu zapewnił czytelników, że właściciel kolekcji zamierza udostępnić swoje zbiory na wystawie w krakowskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych. Wybuch wojny uniemożliwił przewiezienie kolekcji na wystawę do Krakowa, gdzie prawdopodobnie zbiór przetrwałby do dziś. Wśród wysokiej klasy zbiorów, najwyższą wartość stanowiła kolekcja 217 rysunków dawnych mistrzów m.in.: studiów wykonanych przez L. da Vinci, M. Buonarotti, J. Tintoretto, F. Albani, Domenichino, S. Rosa, J. van Goyen, J. Lievensa, P. P. Rubensa, F. Bouchera, Ch. Le Brun, B. E, Murillo, A. Kaufmann, Trocken`a, D. Chodowieckiego, nieznanych XVII-wiecznych rysowników. Dodatkowo kolekcję Boniego wzbogacało trzydzieści pozycji malarstwa flamandzkiego, niemieckiego, angielskiego, francuskiego, włoskiego i polskiego z XVII i XVIII wieku. Niektóre z obrazów posiadały duże formaty. W skład swoich zbiorów Boni zaliczył m.in.: kolekcję liter drukowanych około 1 000 szt. XVI – XIX wiek; kolekcję sztychów „różnych” starych szkół około 200 sztuk, 20 tomów starych ksiąg począwszy od XV do XVII wieku, kolekcję autografów znanych osobistości od XVII wieku do czasów współczesnych liczącą 600 autografów oraz kolekcję cennych zbiorów filatelistycznych[36].

Dom mecenasa Stanisława Patka przy ul. Kanoniej, na warszawskim Starym Mieście, wypełniony znakomitymi zbiorami, był od początku powstania warszawskiego pod obstrzałem artylerii niemieckiej. „Okopy powstańców – pisał Witold Bagniewski – ciągnęły się u stóp domu, gdzie mieszkał mecenas, a on nie mógł się przenieść w bardziej dla niego bezpieczne miejsce – leżał nieruchomo, oczekując końca swego życia. Tragiczny był koniec życia mecenasa Patka w czasie nasilenia się walk o zdobycie przyczółku Rynku Starego Miasta. […] Żołnierze AK i AL, postanowili przenieść Mec. Patka, w bezpieczne miejsce […] do piwnic kościoła Kapucynów, w których to piwnicach, zakończył życie z wycieńczenia i przeżytych wrażeń”[37]. Monika Żeromska, stała się świadkiem zagłady kolekcji Stanisława Patka. W wydanych po wojnie pamiętnikach pisała: „Dziś cała Kanonia się pali […] ten widok nie chce się zmieścić w oczach, w mózgu. Wszystkie domy […] w czarnych i czerwonych jęzorach dymu i ognia wywijających się z każdego okna, stojących sztywno do góry. Wszystko zapalone szafami.[…] Taka śliczna była Kanonia. I w domu Patka palą się właśnie mamy rysunki, które on zbierał i włączał do swoich zbiorów”[38]. Stanisław Patek był przed wojną ministrem spraw zagranicznych Rzeczpospolitej Polskiej, posłem w Tokio oraz Moskwie, ambasadorem w Waszyngtonie, a następnie w latach 1936-39 senatorem nominowanym przez prezydenta. Wycofał się jednak z życia politycznego z powodu nieuleczalnej choroby objawiającej się bezwładem nóg. Witold Bagniewski w swoich pamiętnikach opisał mieszkanie S. Patka: „Ściany obwieszone bronią palną i białą na manekinach, autentyczne mundury ułańskie, lance, strzelby, karabiny skałkowe, to znów na środku pokoju w oszklonej gablocie, położonej na stole, całkowity zbiór insygniów i odznaczeń polskiej loży masońskiej, począwszy od wielkiego mistrza, kończąc na zwykłym bracie wolnomularzu. Były też insygnia innych lóż jak np. szkockiej. Łóżko mecenasa […] stało jak gdyby pod namiotem, podpieranym ułańskimi lancami, których chorągiewki zwisały. Mecenas był wielkim miłośnikiem starej broni oraz wszelkich pamiątek tyczących się świetności dawnej Polski oraz dwóch powstań, jak i wskrzeszenia Polski po pierwszej wojnie światowej”[39].

Po dwóch miesiącach ciężkich walk i braku pomocy stojącej po drugiej stronie Wisły Armii Czerwonej, wycieńczona do granic możliwości powstańcza Warszawa została zmuszona do kapitulacji. Pozostałą przy życiu ludność cywilną wygnano do obozu przejściowego w Pruszkowie pod Warszawą, a następnie do obozów zagłady oraz obozów pracy na terenie Niemiec. Na rozkaz Hitlera przystąpiono do całkowitego zniszczenia, a wcześniej wyszabrowania każdego domu walczącej stolicy. Stłumienie powstania warszawskiego oraz pozbycie się właścicieli mieszkań, umożliwiło w pełni zorganizowaną grabież na masową skalę, pozbawioną świadków. Podczas rabunku doskonale orientowano się w sposobach chowania monet i biżuterii przetrząsając domowe skrytki i piwnice.

Jeden ze świadków, Karol Pędrowski dobrze zapamiętał następny dzień, po ostatecznym zakończeniu powstania na Mokotowie i wysiedleniu ludności z całej dzielnicy. „Do dzielnicy całkowicie opuszczonej przez mieszkańców, ze wszystkich stron, zaczęły zmierzać całe grupy oraz pojedynczy żołnierze pochodzący z różnych jednostek niemieckich. Znajdujące się dookoła uliczki zapełnione były idącymi w jednym kierunku – w głąb Mokotowa – zwykłymi żołnierzami i oficerami. Wśród tłumu ludzi z łatwością można było rozpoznać wyższych oficerów w dopiero co wyprasowanych mundurach. „Nie rozumieliśmy początkowo, po co tam idą, jaki cel ma ta wędrówka żołnierska. Zobaczyliśmy wkrótce, pierwszego powracającego. Niósł na plecach olbrzymi tobół, uginał się pod jego ciężarem, szedł pod prąd, więc chwilami przestawał, odpoczywał chwilę, szedł dalej. Coś do niego mówiono, ale on nie zwracał na to uwagi Pierwszy wynosił zrabowany dobytek walczącego Mokotowa. Potem ukazał się drugi powracający żołnierz, dźwigał 2 walizy i jeszcze miał coś uwieszonego na szyi. A potem już płynęły dwie fale żołnierzy i oficerów w dwóch kierunkach. Ci, którzy wracali, byli obładowani rzeczami. Jakiś oficer niósł obrazy w ramach, trzymał je pod każdym ramieniem. Nie mógł ich utrzymać, gdyż były zbyt duże, wysuwały mu się, poprawiał je, stawiał na ziemi, obcierał chustką uznojone czoło. […] Wędrowały na ramionach lampy, zegary stojące i zegary wiszące, dywany zwinięte w rulony, kosze z porcelaną i kryształami, czasami nawet meble. Wśród rabujących znajdowali się także intelektualiści, nieśli w koszach, ciągnęli na wózkach książki – wielkie księgi oprawne w skórę, ze złoceniami na grzbietach, księgi rękopiśmienne, albumy sztuki światowej. Przedstawiciele Herrenvolku, spieszyli się bardzo, dźwigali walizy wypchane cudzym dobrem, prowadzili rowery z przytroczonymi pakami”. Pamiętnikarz zauważył, że wśród plądrujących domy żołnierzy, zdarzały się wypadki solidarności. Podczas rabunków wskazywano sobie wzajemnie bardziej zasobne w bogactwo domy i ulice. Rabusie bardzo się spieszyli, tak by w jak najkrótszym czasie wynieść najwięcej dobra. Niekiedy był to wręcz wyścig w dotarciu do najbogatszego mieszkania, oraz odszukania wnętrz, które dotychczas jeszcze nie odnaleziono lub pominięto. Zdaniem pamiętnikarza w masowym rabunku brały udział „nie setki, ale tysiące żołnierzy, może nawet dziesiątki tysięcy”[40].

Cennym świadectwem obrazu zniszczonego podczas powstania miasta, są listy młodego porucznika wermachtu Petera Stöltena do rodziny i narzeczonej. Żołnierz opisuje w nich swoje spostrzeżenia z Warszawy. Artystycznie uzdolniony 22-letni chłopak, marzący o kształceniu się na artystę malarza  z rozgoryczeniem zanotował: „z nie do końca zniszczonych budynków zabiera się to, co najpiękniejsze, rzeźby, sofy, gobeliny. Wkrótce wszystko spłonie. Już teraz wszystko jest zdemolowane. […] Pomimo zgliszcz można zobaczyć, jak żyli tu ludzie, a po rozrzuconych wyrobach rzemieślniczych i dziełach sztuki – ich wysoką kulturę osobistą”[41]. Ludność cywilna przed opuszczeniem mieszkania starała się ukryć przedmioty najcenniejsze, których nie mogła zabrać ze sobą.  Karol Pędrowski, opisuje jeden ze sposobów ratowania porcelany pozostawionej w płonącym domu. Informację przekazali małżeństwu sąsiedzi. Należało naczynia porcelanowe i szklane włożyć do wanny napełnionej wodą. Po powrocie do swojego domu w 1945 roku, Pędrowscy, przekonali się, że był to niezawodny sposób, który pozwolił im ocalić część zbiorów[42]. Spalone naczynia z zabytkowej porcelany, jeszcze dziś można spotkać w warszawskich antykwariatach, a sprzedający je antykwariusze często nie są tego nawet świadomi. Barwna dekoracja namalowana niegdyś przez artystę malarza, po spaleniu naczynia porcelanowego, przybiera kolor czarny lub brunatny, co jest uzależnione od temperatury, która panowała podczas pożaru mieszkania. Spaleniu nie ulegają złocenia oraz dekoracja kobaltem wykonana na naczyniu podszkliwnie. Okazuje się jednak, że artystyczną porcelanę, nie tylko palili i bezmyślnie tłukli żołnierze, ale tego typu zabytki były także przedmiotem grabieży. Zbigniew Książczak, zmuszony przez Niemców po powstaniu, jako zakładnik do rabowania Warszawy, był świadkiem wyrafinowanej grabieży cennych zabytków porcelanowych. Interesujące jest, że według słów mężczyzny, grabież szczegółowo zaplanowano i rozłożono na kilka dni. Do przewiezienia cennego łupu, przygotowano usłany słomą samochód, a w grabieży uczestniczyli znawcy porcelany artystycznej: „Jeden z nich, młokos, niewiele straszy ode mnie był zapewne koneserem. Nieomylnie chyba decydował o wartości porcelany. Szukał, wybierał tę najlepszą. Gorszą zrzucał na podłogę lub wyrzucał przez okno”[43].

Przedmiotem pożądania koneserów, były także inne przedmioty o wartości kolekcjonerskiej. Piotr Marek, w spisanych po wojnie wspomnieniach, opisuje zdarzenie, do którego doszło w końcu października na stacji Warszawa Zachodnia: „przyjechał jakiś generał w otoczeniu wyższych oficerów w poszukiwaniu znaczków pocztowych z powstania. Przyrzekli, że za każdy znaczek dadzą jego właścicielowi pisemne zezwolenie na swobodny przejazd, dokąd będzie chciał, bilet i potrzebne pieniądze”[44].

Interesującym dokumentem jakim jest zachowany Rozkaz (nr 40) komendanta Obwodu Żoliborz „Żywiciela” z 7 września.  Znajdujemy w nim informacje dotyczące zaobserwowanej ilości transportów kolejowych oraz drogowych. W ciągu doby przetoczyło się 407 wagonów oraz 4 składy, co stanowiło w przybliżeniu liczbę ok. 520 wagonów!  Wynik rachunku potwierdza zasadniczo poprzednie wyliczenia, ustanawiając liczbę wagonów którymi wywożono zrabowane w Warszawie dobra na powyżej 65 000 sztuk z wyraźną tendencją zwyżkową. Przy obliczeniach transportu kołowego prawdopodobnie obserwowano ulicę Powązkowską. Zanotowano m.in. przejazd z Warszawy w kierunku zachodnim 170 samochodów ciężarowych, 24 wozów i 8 taborów. Licząc zatem nawet po 170 samochodów na 5 wylotówkach w ciągu doby, otrzymujemy wynik 850 ciężarówek na dobę. Co miesięcznie daje wynik 25 500 samochodów transportowych, przy 5 miesiącach jakimi dysponowali okupanci na rozgrabienie miasta, otrzymujemy wynik 127 500 samochodów ciężarowych[45].

W powstaniu warszawskim zginęło lub zostało zamordowanych ponad 150 000 mieszkańców nieuczestniczących w walce. Straty poległych i zaginionych powstańców wyniosły około 18 000 żołnierzy[46]. Do tej liczby należy doliczyć dużą część zarówno spośród walczących jak i cywilów, którzy zmarli na skutek odniesionych ran oraz wojennych przeżyć w najbliższych miesiącach po kapitulacji. Największe zniszczenia zabudowy Warszawy były spowodowane nalotami lotnictwa. Samoloty niemieckie wykonały 1 408 lotów bojowych nad miasto, zrzucając przy tym 1 580 ton bomb . Do niszczenia zabudowań użyto także artylerii, a nawet artylerii przeciwlotniczej[47]. Na skutek dwumiesięcznych bombardowań oraz ostrzału artyleryjskiego, zostało zniszczonych 25 procent domów mieszkalnych znajdujących się w mieście. Dodatkowe 30 procent budynków zostało spalonych i wysadzonych w powietrze już po powstaniu warszawskim[48].

Wbrew powszechnym opiniom, niszczenie zbiorów i kolekcji w ogniu walki nie przybrało takiego rozmiaru jak grabież ocalałych domów. Bilans strat związanych z konfiskatą oraz wywiezieniem z Warszawy do Rzeszy prywatnych dóbr kultury w okresie okupacji i niszczenia miasta zarówno przez niemieckie urzędy i wojsko, jak również prywatny szaber Niemców, moim zdaniem należy oszacować na 70 procent. Kolejne 10 procent stanowi zniszczenie dzieł sztuki i antyków, które nastąpiło we wrześniu 1939 roku oraz około 20 procent w wyniku trwających dwa miesiące działań wojennych w powstaniu warszawskim.

 


[1] Warszawa w liczbach – 1939 r., Wydawnictwo Wydziału Statystycznego Zarządu Miejskiego w m.st. Warszawie, s. 11-16, Warszawa 1947. Na początku 1939 roku, liczba mieszkańców Warszawy wynosiła 1 289 500 osób.

[2] Sławomir Bołdok, Antykwariaty artystyczne salony i domy aukcyjne, Warszawa 2004, s. 138-139.

[3] Archiwum Państwowe m.st. Warszawy, Zarząd Miasta Wydział Strat Wojennych (APW ZM WSW), sygn. 119, nr kwestionariusza 22297, s. 233, załącznik do kwestionariusza s. 234; Karol Estreicher, Cultural losses of Poland, Index of Polish cultural losses during the German occupation, 1939-1944, London 1944, s. 393; Anna Tyczyńska, Krystyna Znojewska, Straty Wojenne. Malarstwo polskie, Poznań 2007, t. 1, poz. 71.

[4] APW, ZM WSW, sygn. 91, nr kw. 15268, s. 74; E. Chwalewik, Zbiory polskie. Archiwa, biblioteki, gabinety, galerie, muzea i inne zbiory pamiątek przeszłości w ojczyźnie i na obczyźnie w porządku alfabetycznym według miejscowości ułożone, Warszawa 1927, t. 2, s. 407; K. Estreicher, op. cit., s. 395; A. Tyczyńska, K. Znojewska, Straty Wojenne, op. cit., t. 1, poz. 39, 89, 134, 236.

[5] Stanisław Lorentz, Wspomnienie o ratowaniu zabytków i dzieł sztuki we wrześniu 1939 roku [w:] „Cywilna obrona Warszawy we wrześniu 1939 r. Dokumenty, materiały prasowe, wspomnienia, relacje”, Warszawa 1965, s. 263.

[6] Ibidem, s. 266. Kwestionariusz Tadeusza Bylewskiego złożony do Ministerstwa Kultury i Sztuki: Archiwum Akt Nowych, Ministerstwo Kultury i Sztuki (AAN, MKiS), sygn. B – 1173, s. 169.

[7] AAN, MKiS, sygn. B-1173, s. 163-168; K. Estreicher, op. cit., s. 389; A. Tyczyńska, K. Znojewska, Straty wojenne, op. cit., t. 1, poz. 405, 418; A. Tyczyńska, K. Znojewska, Straty wojenne. Malarstwo Polskie, Poznań 2007, t. 2, poz. 40, 93, 95-97.

[8] APW, ZM WSW, sygn. 45, nr kw. 3605, s. 511.

[9] Władysław Bartoszewski, Warszawa w kampanii wrześniowej, kronika ważniejszych wydarzeń, [w:] „Cywilna Obrona…”, op. cit., s. XXIV.

[10] Mieczysław Cieplewicz, Eugeniusz Kozłowski, Obrona Warszawy: 1939 we wspomnieniach, Warszawa 1984, s. 114; Henryk Stańczyk, Bombardować i szturmować [w:] „Warszawa we wrześniu 1939 roku. Obrona i życie codzienne”, red. C. Grzelak, Warszawa 2004, s. 167-168; Marian Porwitt, Komentarze do historii polskich działań obronnych 1939 roku, Warszawa 1983, t. III, s. 355; L. Głowacki, Obrona Warszawy i Modlina 1939, Warszawa 1985, s. 256, Okaleczone miasto – Warszawa ‘39. Wojenne zniszczenia obiektów stolicy w fotografiach Antoniego Snawadzkiego, opr. M. Majewski, Warszawa 2009, s. 60.

[11] APW, ZM WSW, sygn. 271, nr kw. 8, s. 46.

[12] T. Szarota, Naloty na Warszawę podczas II wojny światowej [w:] Wojciech Fałkowski, „Straty Warszawy 1939-1945. Raport”, Miasto Stołeczne Warszawa, Warszawa 2005.op. cit., s. 263. Materiał ten odnalazł autor artykułu w zespole akt Delegatury Rządu RP na Kraj, Archiwum Akt Nowych, VI oddział, sygn. 202/I-43, t. I, k. 6-10.

[13] Jerzy Majewski, Śródmieście i jego mieszkańcy w latach niemieckiej okupacji: październik 1939 –1 sierpnia 1944. Dzień powszedni [w:] W. Fałkowski, op. cit., s. 66.

[14] APW, ZM WSW, sygn. 164, nr kw. 11104, s. 235.

[15] APW, ZM WSW, sygn. 32, nr kw. 470, brak paginacji stron, zał. do kwest.

[16] Marek Getter, Władze niemieckie okupowanej Warszawy, [w:] W. Fałkowski, op. cit., s. 213-214, 218.

[17] Erwin Axer, Ćwiczenia pamięci, seria 3, Kraków 1998, s. 10-13.

[18] Czesław Łuczak, Polityka ludnościowa i ekonomiczna hitlerowskich Niemiec w okupowanej Polsce, Poznań 1979, s. 230; M. Getter, op. cit., s. 217. Zleceniodawcami grabieży dzieł sztuki na ziemiach polskich byli Göring, Himmler i Frank. Hans Frank wypowiadał się 26 października 1942 r., „że w Generalnym Gubernatorstwie udało się przejąć 90 proc. istniejących przed wojną na jego obszarze zabytków sztuki” – zob. C. Łuczak, op. cit., s. 239.

[19] APW, ZM WSW, sygn. 54, nr kw. 5795, s. 207; Maria Romanowska-Zadrożna, Tadeusz Zadrożny, Straty Wojenne. Malarstwo obce, Poznań 2000, t. 1, poz. 225, s. 332.

[20] APW, ZM WSW, sygn. 147, nr kw. 6967, s. 896, zał. do kw.; K. Estreicher, op. cit., s. 399.

[21] Relacja ustna Filipa Michalskiego uzyskana w listopadzie 2008 roku. W zbiorach autora. T. Strzałecki, Zbrojownia Antoniego Jana Strzałeckiego, rękopis w zbiorach biblioteki Muzeum Narodowego w Warszawie, s. 108; Ibidem, katalog, cz. II, poz. 1041.

[22] Ludwik Hirszfeld, Historia jednego życia, Warszawa 1946, s. 192.

[23] AAN, MKiS, sygn. B-1173, s. 193-194.

[24] Biblioteka Narodowa (BN), Zofia Wróblewska, Póki my żyjemy, sygn. akc. 14055, s. 3.

[25] Janusz Marszalec, Ochrona porządku i bezpieczeństwa publicznego w Powstaniu Warszawskim, Warszawa 1999, s. 48.

[26] J. Marszalec, op. cit., s. 48; Barbara Krajewska, Ludność Warszawy w latach 1939-1945, [w:] „Warszawa lat wojny i okupacji, 1939-1944”, Instytut Historii PAN, Studia Warszawskie, t. 7, z. 1, s. 198-200; W. Bartoszewski, Warszawski pierścień śmierci, op. cit., s. 39-59, 439, 445, 592; K. Komorowski, Bitwa o Warszawę `44. Militarne aspekty powstania warszawskiego, Warszawa 2004, przypis 9, s. 95.

[27] Jerzy S. Majewski, Tomasz Urzykowski, Przewodnik po powstańczej Warszawie, Warszawa 2007, s. 86.

[28] J.K. Wroniszewski, Ochota 1944, Warszawa 1970, s. 128-129. Zeznanie złożone przez generała Von dem Bacha przed prokuratorem polskim w Norymberdze.

[29] Tomasz Sawicki, Rozkaz: zdławić powstanie. Siły zbrojne III Rzeszy w walce z Powstaniem Warszawskim 1944, Warszawa 2001, s. 243-244.

[30] Wacław Borowy, Okres Powstania 1944. W Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie, [w:] S. Lorentz, „Walka o dobra kultury Warszawa 1939-1945”, Warszawa 1970, t. 1, s. 355.

[31] Ibidem, s. 356.

[32] Maria Grajkowska-Bryjowa, Relacja o działalności środowiska aktywu ruchu ludowego, [w:] Ludność cywilna w powstaniu warszawskim, Warszawa 1974, t. 1, cz. 2, s. 236.

[33] „Handlarz”, relacja Johna Damskiego, [w:] N. Davies, Powstanie`44, Kraków 2006, s. 397-398.

[34] W. Borowy, op. cit., s. 355, 359.

[35] Jan Zachwatowicz, Wspomnienia z lat okupacji, [w:] S. Lorentz, op. cit., t. 1, s. 119-120.

[36] APW, ZM WSW, sygn. 124, nr kw. 1100, s. 485; Marjan Dienstl-Dąbrowa, „Wśród arcydzieł prywatnego muzeum…”, Ilustrowany Magazyn Tygodniowy „As”, 5 marca 1939, s. 14-15.

[37] BN, Witold Bagniewski, Wizyta Gestapo u Mec. Patka [w:] „Wspomnienia 1892-45. Rynek Starego Miasta”, sygn. 10540, s. 12-14.  Teresa Potulicka-Łatyńska twierdzi w swoich wspomnieniach, że S. Patek zginął 22 lipca „od wybuchu bomby lotniczej” – zob. Teresa Potulicka-Łatyńska, op. cit., s. 239. Cześć zbiorów S. Patka zawierających „varsaviana graficzne”, zostało w trakcie powstania ukrytych w kamienicy Baryczków przy ul. Krzywe Koło. Zespół pracowników naukowych pod kierownictwem W. Borowego 3 grudnia, uratował wymienione zbiory działając w ramach Akcji Pruszkowskiej. – zob. W. Borowy, Z zapisek Borowego [w:] S. Lorentz, op. cit., t. 2, s. 199.

[38] Monika Żeromska, Wspomnień ciąg dalszy, Warszawa 2007,  s. 129. Obraz zdarzeń opisywany przez Monikę Żeromską, dotyczy najprawdopodobniej 27 sierpnia. Tego dnia, po uprzednim silnym bombardowaniu, Niemcy za pomocą miotaczy płomieni, opanowali ostatnią barykadę na tej ulicy, spychając powstańców na barykady u zbiegu ulic Kanoniej i Jezuickiej, którą oddziały Baonu „Bończa” i II plutonu 104 kompanii ZSP, utrzymały do 1 września. – zob. J. Kulesza, Starówka, „Warszawskie Termopile 1944”, Warszawa 1999.op, s. 62, 66.

[39] BN, W. Bagniewski, op. cit., s. 12-14.

[40] BN, Karol Pędrowski, Pamiętnik, sygn. akc. 12254, s. 120.

[41] N. Davies, op. cit., s. 387; P. Stölten, List do rodziców z 16 września 1944 r., [w:] Walczyli, na Boga lepiej niż my, Newsweek Polska, 31/2009, 02.08.09, s. 12-15.

[42] BN, K. Pędrowski, op. cit. s. 80.

[43] Zbigniew Książczak, Rabunek Warszawy, Stolica 1967 nr 50, s. 6-7 op. cit. 6-7; Z. Książczak, Wspomnienie z pobytu na terenie generalnej guberni i w Warszawie po upadku powstania, [w:] „Exodus Warszawy. Ludzie i miasto po powstaniu 1944”, opr. K. Dunin-Wąsowicz [i in.], Warszawa 1992-95, t. 2, s. 453-461.

[44] Piotr L. Marek, Ocalenie skazanych na zagładę, [w:] „Exodus…”, t.1, op. cit., s. 491-492.

[45] Rozkaz (nr 40) komendanta Obwodu Żoliborz „Żywiciela” z 7 września, [w:] „Ludność cywilna…”, op. cit., t. 2, s. 318-319.

[46] W. Bartoszewski, Przedmowa, [w:] Andrzej K. Kunert, „Rzeczpospolita walcząca. Powstanie warszawskie 1944”, Warszawa 1994, s. VIII-IX. Straty Niemców w powstaniu, według szacunków von dem Bacha wyniosły ok. 26 000 ludzi, w tym co najmniej 17 000 zabitych oraz ok. 9 000 rannych.

[47] K. Komorowski, Bitwa o Warszawę`44…, op. cit., s. 83.

[48] W. Bartoszewski, Ibidem.

Wszystkie teksty (bez zdjęć) publikowane przez Fundację Warsaw Institute mogą być rozpowszechniane pod warunkiem podania ich źródła.