RAPORTY SPECJALNE

Data: 9 kwietnia 2018

Legitymacja dla porządku postkrymskiego. Wybory prezydenckie w Rosji

Wybory prezydenckie 18 marca były w rzeczywistości referendum w sprawie kursu politycznego obranego przez Władimira Putina w 2014 roku. Nie przypadkiem termin głosowania wyznaczono symbolicznie właśnie na czwartą rocznicę aneksji Krymu. Rosjanie w przytłaczającym stopniu poparli tzw. postkrymski porządek.


• Po raz pierwszy w historii Rosji kandydata już w pierwszej turze poparła więcej niż połowa wszystkich uprawnionych do głosowania. Nawet gdyby dokonać korekty wyniku Putina i frekwencji w oparciu o liczby podawane przez ekspertów wskazujących fałszerstwa i nadużycia, obecny prezydent i tak dostałby trzy czwarte głosów przy frekwencji 60 proc.

• Sukces Putinowi zapewniły brak konkurencji (jedynym rywalem, który faktycznie walczyłby z prezydentem, może być Aleksiej Nawalny, ale jego wyeliminowano), absolutna dominacja przekazu medialnego, eskalacja konfliktu z Zachodem po zamachu na Siergieja Skripala i „wojennym” orędziu prezydenta, wreszcie – last but not least – nowa metoda mobilizacji elektoratu, wyborcze fałszerstwa oraz zastosowanie na wielką skalę możliwości nadużyć, jakie dały zmiany w prawie wyborczym.

• Głosowano nie nad przyszłością, ale przeszłością rządów Putina. Chodziło o akceptację wydarzeń ostatnich czterech lat, a nie wytyczenie planów na przyszłość. Głos oddany na Putina był na ogół głosem za status quo w polityce zewnętrznej (konfliktu z Zachodem i polityki agresji militarnych ciąg dalszy) i za stagnacją w polityce wewnętrznej (żadnych reform, „byle nie było gorzej niż jest”).

• Po ogłoszeniu zwycięstwa Putin zapewnił, że nie zamierza obecnie przeprowadzać reformy konstytucji. To zaś oznacza, że za sześć lat musiałby pożegnać się ze stanowiskiem prezydenta (ograniczenie do dwóch z rzędu kadencji). Decyzję może jednak zmienić w każdej chwili. Może też wprowadzić rozwiązanie dające mu nadal pełnię władzy już poza fotelem prezydenta. Wątpliwe jednak by w pierwszym okresie nowej kadencji Putin podejmował jakiekolwiek decyzje odnośnie jego przyszłości po 2024 r.

Władimir Putin zapewnił sobie zwycięstwo już w pierwszej turze wyborów, w których frekwencja wyniosła 67,54%. Urzędujący prezydent, startując jako kandydat niezależny, otrzymał 56,43 mln głosów (76,69%). Drugie miejsce zajął kandydat Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej Paweł Grudinin (8,66 mln -11,77%). Trzeci – z dwukrotnie mniejszym poparciem – był lider i kandydat Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji Władimir Żyrinowski (4,15 mln – 5,65%). W ten sposób kandydaci dwóch największych, po Jednej Rosji, ugrupowań w Dumie, łącznie uzyskali 12,81 mln głosów, czyli ponad 17%. Jeśli dodać do tego Putina, de facto kandydata Jednej Rosji, można uznać, że kandydaci popierani przez partie obecne w parlamencie, zarówno rządzącą, jak i z tzw. systemowej opozycji, zdobyli łącznie 94% oddanych głosów.

Startująca jako kandydatka partii Obywatelska Inicjatywa Ksenia Sobczak, przedstawiająca się jako jedyna realna alternatywa dla pozostałych kandydatów, z Putinem na czele, dostała zaledwie 1,24 mln głosów. 1,68% to najgorszy w historii wyborów prezydenckich wynik kandydata roszczącego sobie prawa do miana lidera elektoratu liberalnego. Do podobnych wyborców odwoływał się Grigorij Jawlinski (partia Jabłoko), który dostał 770 tys. głosów (1,05%). Uchodzący za przedstawiciela kół biznesowych, powiązany z Kremlem kandydat Partii Wzrostu Borys Titow dostał 557 tys. głosów (0,76%). Grono kandydatów zamykają Maksym Surajkin z marginalnej partii Komuniści Rosji (499 tys. głosów, 0,68%) oraz prawnik, zasłużony działacz w Dumie, nacjonalista Siergiej Baburin (480 tys. – 0,65%).

Uwagę zwraca nie tylko skala zwycięstwa Putina czy absolutna dominacja przedstawicieli partii zasiadających w Dumie. Jeszcze bardziej stan obecnej Rosji odzwierciedla podział według kryterium stosunku do polityki zewnętrznej państwa po 2014 r. oraz stosunku do demokracji i wartości liberalnych. Kandydaci odwołujący się do tej drugiej opcji zdobyli łącznie zaledwie ok. 2 mln głosów – 2,29%. Tak miażdżącej porażki obóz demokratyczny w Rosji jeszcze po 1991 nie odnotował. Sądząc po wynikach wyborów, obóz imperialny, populistyczny, nacjonalistyczny i komunistyczny (w Rosji żadna z tych rzeczy w polityce się nie wyklucza) uzyskał aż ponad 95% głosów oddanych w wyborach. Przeszło 70 mln Rosjan – z przekonania, z przyzwyczajenia, czy pod presją – poparło kurs polityczny i ideologię państwową przyjęte z chwilą aneksji Krymu.

ŹRÓDŁO: KREMLIN.RU

Putin i tło

Wynik Putina w większości regionów jest bardzo zbliżony i waha się między 70 a 75% (to brzmi brzydko)- tak było w aż 53 regionach. Co ciekawe, doszło do tego niezależnie od oblicza regionu i jego politycznej specyfiki. Tak więc Putin dostał 73% w obwodzie irkuckim rządzonym przez komunistę, 71% w obwodzie nowosybirskim, gdzie tradycyjnie jest znaczny elektorat protestu, ale też 71% w Moskwie – gdzie w jesiennych wyborach lokalnych opozycja wygrała w wielu dzielnicach. Nastąpił duży przyrost we wspomnianych „problematycznych” regionach: sześć lat temu w Moskwie Putin dostał tylko 46%, w obwodzie irkuckim – 55%, w obwodzie nowosybirskim – 56%. To by wskazywało, że prezydent przez ostatnich sześć lat zdobył poparcie wcześniejszych przeciwników lub wyborców nie chcących na niego głosować. W rzeczywistości poprawa wyników Putina nastąpiła raczej – nie licząc fałszerstw – dzięki mobilizacji elektoratu, który wcześniej nie chodził głosować.

W tradycyjnych bastionach Putina, dostał on nieco więcej (Kraj Stawropolski – 80%, obwód woroneski – 78%). Tutaj poparcie było na poziomie podobnym do tego z 2012 r. Sześć lat temu Putin odnotował najgorsze wyniki w Moskwie (46%) oraz Karelii, obwodach włodzimierskim, kaliningradzkim, jarosławskim, kostromskim i irkuckim (50-55%). Te regiony wzięto więc pod specjalną „opiekę” i to na długo przed wyborami. Przykładem jest wysłanie do Kaliningradu i Jarosławia przez Putina nowych gubernatorów – zaufanych byłych funkcjonariuszy jego ochrony. Efekt jest następujący: Moskwa – 71%, Karelia – 73%, obwód włodzimierski (73%), obwód kaliningradzki (76%), obwód jarosławski (72%), obwód kostromski (69%), obwód irkucki (73%). Teraz do grupy regionów najmniej przychylnych Putinowi można zaliczyć: Jakucję (64,4%), Kraj Chabarowski (65,8%), Kraj Primorski (65,3%), obwód amurski (67%). Numerem dwa był tam kandydat komunistów Paweł Grudinin (kolejno: 27,7%, 27,2%, 18,4%, 21,4%, 18,6%). Nie było już jednak żadnego regionu, gdzie wynik Putina byłby niższy od 60% (w 2012 r. tak było w Moskwie i St. Petersburgu). Nie było już za to żadnego regionu, gdzie wynik Putina byłby niższy od 60% (w 2012 r. tak było w Moskwie i St. Petersburgu).

Gorszy wynik, niż w 2012 r., Putin uzyskał tylko w sześciu regionach i wynikało to raczej z racjonalizacji wyniku, czego najlepszym przykładem Czeczenia (legendarne już 99,8% w 2012, teraz 91,4%). Również wynik Putina w Dagestanie, Kałmucji, Mordowii, Karaczajo-Czerkiesji i Jakucji był absurdalnie wysoki w 2012 roku, więc teraz go obniżono. Ale za to wzrost do poziomu „sowieckiego” nastąpił w Kabardyno-Bałkarii (z 77,4 do 93,4%), Tuwie (z 90 do 91,8%) i na Krymie (92,2%). W przypadku tego ostatniego, intencje były oczywiste. Wybory odbywały się w rocznicę aneksji półwyspu, na dodatek były rodzajem referendum, w którym Rosjanie wypowiadali się, czy akceptują nowe oblicze państwa po 2014 r. To na Krym pojechał Putin tuż przed wyborami – stąd wynik.

ŹRÓDŁO: KREMLIN.RU

Jeśli chodzi o drugiego Pawła Grudinina (11,77%), to dobrze zaczął on kampanię, prześcigając z łatwością Żyrinowskiego. Wtedy jednak na Kremlu uznano go za niebezpiecznego, bo oprócz tradycyjnego elektoratu KPRF mógł sięgnąć po wyborców Putina – zaczynając go krytykować. Co prawda tego nie zrobił, ale na wszelki wypadek uruchomiono przeciwko Grudininowi kampanię czarnego PR. Centralna Komisja Wyborcza dwa razy ujawniła jego zagraniczne konta. Uważany za tubę FSB kanał Life News poinformował, że kandydat ma kochankę, a udziałowcy zarządzanego przez niego sowchozu im. Lenina w samym środku kampanii nieoczekiwanie zdecydowali się pozwać go do sądu w starej sprawie rzekomo nielegalnie sprywatyzowanych działek ziemi. W efekcie dostał niecałe 12%. Co zresztą zadowoliło także lidera partii Giennadija Ziuganowa – w 2012 r. był lepszy, bo dostał 17%.

Władimir Żyrinowski (5,65%) zawalił końcówkę kampanii – zaszkodziły mu awantury z Sobczak podczas telewizyjnych debat. To najgorszy wynik w historii jego startów – podobny był tylko w 1996 (5,7%). Żyrinowski najwięcej dostał na Syberii, Dalekim Wschodzie i Zabajkalu. Jest już jednak wyraźnie zmęczony, a lada chwila skończy 72 lata. Przestaje przyciągać zwolenników swoją polityczną błazenadą. Następcy raczej nie uda się znaleźć. Ten projekt już się wypalił. A to oznacza też kres LDPR – zbyt mocno jest związana z osobą lidera. Choć w to miejsce Kreml wymyśli pewnie inny projekt, który ma zagospodarować elektorat nacjonalistyczny, populistyczny.

Nazywana „Żyrinowskim dla liberałów” Ksenia Sobczak (1,68%) nie zdołała przekonać zwolenników Aleksieja Nawalnego, by jednak nie bojkotowali głosowania i poszli do urn, wrzucając karty ze wskazaniem na nią. Zgodnie z oczekiwaniami Sobczak najwięcej zyskała w Moskwie, Sankt Petersburgu i za granicą, ale i tak nigdzie nie osiągnęła choćby 5%. Założyła tuż przed wyborami z Giennadijem Gudkowem Partię Zmian. Gudkow zamierza na jesieni 2018 startować na mera Moskwy. Zaś Sobczak rozpatruje start na gubernatora Sankt Petersburga – jeśli Gieorgij Połtawczenko odejdzie wcześniej, przed terminem (jesień 2019). Także Jawlinski najwięcej zyskał w dwóch metropoliach – choć nie więcej niż 3,2%. Zaskakuje wynik w Inguszetii: 2,37% (w innych republikach kaukaskich mniej niż 1%). Kariera lidera Jabłoka, jak i samej partii dobiega końca – i tak jak w przypadku Żyrinowskiego Kreml będzie chciał stworzyć coś na tym miejscu. Chyba, że to partia Sobczak i Gudkowa miałaby przejąć wyborców Jawlinskiego.

Misja specjalna

Przygotowania do wyborów prezydenckich ruszyły już na jesieni 2016 roku, zaraz po udanych wyborach parlamentarnych (Jedna Rosja znacząco zwiększyła swoją dominację w Dumie). Opracowanie i realizację zwycięskiego planu powierzono Siergiejowi Kirijence – 5 października 2016 został wiceszefem administracji prezydenckiej.

ŹRÓDŁO: KREMLIN.RU

Nie chodziło nawet o zwiększenie poparcia w porównaniu z poprzednimi wyborami, ale o nadanie legitymacji nowemu charakterowi władzy Putina, który po 2014 roku stał się już nie politycznym liderem, ale przywódcą, wodzem narodu. Chodziło o sakralizację postkrymskiej Rosji – celem było potwierdzenie postkrymskiej polityki Putina milionami głosów Rosjan. Ważniejszym kryterium od procentów miała być więc bezwzględna liczba oddanych głosów. Dlatego mniej istotna jednak jest frekwencja, a bardziej liczba ludzi głosujących na Putina. Oddany głos na Putina jest tak naprawdę głosem za aneksją Krymu, wojną z Ukrainą i w Syrii, za konfrontacją z Zachodem. W tej kampanii i w tym głosowaniu Putin rywalizował nie z Sobczak czy Grudininem, a właśnie z wrogim otoczeniem Rosji. Jego prawdziwym rywalem nie był Żyrinowski, a Trump, co dobitnie potwierdziło orędzie do Zgromadzenia Federalnego z 1 kwietnia, w którym Putin chwalił się nowymi typami broni, prezentował się jako przede wszystkim głównodowodzący armii, i groził światu wojną atomową.

Bezalternatywność wyborów gwarantowała Putinowi wysoki odsetek głosów już w I turze. Ale zarazem wpływała na spadek frekwencji. Skoro wynik jest pewny, po co iść do wyborów – takie pytanie stawiali sobie zarówno zwolennicy Putina, jak i jego przeciwnicy. Dlatego trzeba było podjąć specjalne kroki, aby zmobilizować elektorat. Z jednej strony były to polityczne posunięcia: wojenne orędzie Putina czy eskalacja konfliktu z Zachodem po zamachu na Siergieja Skripala. Z drugiej strony, administracyjna machina podjęła działania mające zachęcić czy zmusić ludzi do pójścia do urn. Centralna Komisja Wyborcza przeprowadziła niespotykaną dotąd kampanię informacyjną (na wybory, w których zwycięstwo Putin miał zapewnione z góry, wydano rekordową ilość pieniędzy): o wyborach ciągle mówiono w telewizji, przypominano na monitorach w supermarketach, rozsyłano smsy, agitacyjne zebrania organizowano w państwowych instytucjach i w przedsiębiorstwach.

Sukcesem ekipy Kirijenki była mobilizacja tzw. putinowskiej większości w społeczeństwie w sytuacji, gdy Putin startował bez programu wyborczego i niespecjalnie nawet prosił ludzi o głos na niego. Zagłosowało tak jednak aż 56 mln ludzi przy 108 mln uprawnionych do głosowania (w 2012 r. liczba glosujących na Putina wyniosła poniżej połowy wszystkich uprawnionych – 45 mln). A więc nawet uwzględniając tych, którzy nie poszli do urn, nawet gdyby większość z nich była przeciwna Putinowi, to i tak uzyskałby większość ponad 50 proc. już w pierwszej turze. Ale przecież chodziło o realizację planu dużo bardziej ambitnego. Kirijenko się tego podjął, uznając, że powodzenie zapewnić mu może wprowadzenie na skalę ogólnokrajową rozwiązań, jakie już wcześniej stosował w ograniczonym zakresie.

„Atomowa” mobilizacja

Schemat wyborów okazał się bowiem podobny do tego, jak głosuje się w tzw. miastach zamkniętych, gdzie działają obiekty Rosatomu. Zbieżność nieprzypadkowa, bo obecny wiceszef administracji prezydenckiej odpowiedzialny za politykę krajową, m.in. wybory, Siergiej Kirijenko był kiedyś przez wiele lat szefem Rosatomu. Jak zastosował schemat „korporacyjny” w odniesieniu do całego kraju? W przedsiębiorstwach państwowych i prywatnych (żyjących z państwowych kontraktów) prezesi, właściciele, dyrektorzy byli odpowiedzialni za to, żeby ich pracownicy poszli głosować. Sporządzano listy, agitowano, a menedżerowie niższego szczebla pilnowali, żeby podwładni faktycznie poszli do urn. Tysiące autobusów i tzw. karuzele – stosowane wcześniej w regionach – zastąpił mechaniczny scentralizowany system mobilizacji korporacyjnej. „Pospolite ruszenie” zostało zastąpione przez „wojsko zawodowe”. Po raz pierwszy na taką skalę do machiny państwowej włączono kierownictwa przedsiębiorstw. Pójście do lokalu wyborczego było nie tyle przejawem demokratycznej aktywności, co czysto administracyjnym, mechanicznym krokiem. Kremla nie interesowała polityczna wola narodu, a stopień skuteczności zarządzania wyborczą machiną. Mobilizacja pracowników służyła przede wszystkim podniesieniu frekwencji. Ale były też inne metody: listy z Centralnej Komisji Wyborczej przypominające o głosowaniu, konkursy, wyprzedaże, lokalne referenda w rozmaitych sprawach istotnych także dla osób nie zainteresowanych wielką polityką.

Ważniejszy od frekwencji był jednak wynik Putina. W całym kraju dochodziło więc do masowych nadużyć i fałszerstw. Utrudniano pracę obserwatorom, członkom komisji wyborczych i dziennikarzom, przymuszano wyborców i naruszano zasady głosowania tajnego. Napływały też sygnały o masowym dowożeniu wyborców do lokali wyborczych, wielokrotnym głosowaniu przez te same osoby (tzw. karuzele) i podrzucaniu do urn kart do głosowania. Nie zważano na kamerki i możliwość oglądania lokalu wyborczego na żywo w Internecie. Na przykład w komisji wyborczej nr 265 w Symferopolu dziennikarze Reutersa doliczyli się przez cały dzień 797 głosujących. Z protokołu komisji po zamknięciu głosowania wynikało, że przy urnie stawiło się osobiście 1325 wyborców…

ŹRÓDŁO: KREMLIN.RU

Uwagę zwraca, że aż blisko 6 mln wyborców zadeklarowało przed dniem głosowania, że chce oddać głos poza miejscem stałego zamieszkania. W 2012 roku takich osób było trzy razy mniej. Okazuje się, że nie było problemu, by ktoś wszedł do komisji w Moskwie, powiedział, że na stałe jest zameldowany w Dagestanie, ale głos chce oddać w miejscu bieżącego pobytu. Komisja nieszczególnie to sprawdzała. Więc de facto taka osoba mogła się dopisać do listy w więcej, niż jednej komisji. A jeszcze pozostawało jej nazwisko na liście w komisji w rodzimej miejscowości – tam z kolei nie było problemu, by ktoś oddał głos za nią – fałszując podpis na liście i wrzucając kartę do głosowania do urny. Odnotowano wiele przypadków, że wyborca, który przyszedł zagłosować, nie znajdował siebie na liście. To przydarzyło się np. matce Kseni Sobczak, byłej deputowanej Ludmile Narusowej w Sankt Petersburgu. Za to masowo dopisywano osoby, które deklarowały chęć zagłosowania poza miejscem stałego zamieszkania. W niektórych komisjach w Moskwie niemal połowa głosujących twierdziła, że pochodzi z innych regionów. Co ciekawe, okazało się, że w przeciągu tych kilkunastu godzin głosowania 18 marca w Rosji przybyło… 1,5 mln wyborców. Rano Centralna Komisja Wyborcza informowała, że uprawnionych do głosowania jest 107,2 mln ludzi. Ale gdy zamknięto lokale wyborcze podana liczba uprawnionych wynosiła już 108,7 mln. CKW znalazła proste, acz zaliczające się do sfery science-fiction tłumaczenie: to obywatele, którzy przed wyborami wyrejestrowali się z rodzimych punktów wyborczych i nie zamierzali głosować, ale w ostatniej chwili zmienili zdanie i przyszli do najbliższej komisji i dopisali się do listy.

Cel zrealizowany, ale…

Prawdziwy sztab wyborczy Putina – a więc ten na Kremlu z Kirijenką na czele – ma powody do dużej satysfakcji. Zasadniczo udało się osiągnąć niemal wszystkie postawione cele. Putin zdobył rekordową liczbę głosów, poprawił frekwencję w porównaniu z 2012 r., wybory pokazały nicość opozycji, prezydent dostał bardzo mocny mandat do dalszej konfrontacji z Zachodem. Kreml już dawno ogłosił – poprzez medialne przecieki – że celem jest formuła 70/70. Jednak 18 marca nie zrealizowano całkowicie tego założenia: co prawda Putin dostał dużo powyżej zakładanego poziomu (76,6%), ale frekwencja wyniosła 67,4%. Ale to i tak bardzo zadowalający rezultat. Z jednej strony bojkot Aleksieja Nawalnego nie zadziałał, z drugiej zaś można uniknąć krytyki, która by się pojawiła, gdyby Putin dostał np. jakieś 85-90 proc. przy frekwencji, dajmy na to, 90 proc. Ważny był tak wysoki wynik także z tego względu, że dotychczas to Dmitrij Miedwiediew mógł się szczycić najlepszym wynikiem (2008 rok, 71,2%, frekwencja 69,7%). Wykorzystanie tzw. adminresursu pozwoliło ściągnąć do urn dodatkowe 5-7 mln wyborców, w przytłaczającej mierze były to głosy na Putina. Odebrano też część elektoratu komunistom (Ziuganow 2012 – 17%, Grudinin 2018 – 12%). Idea bojkotu głoszona przez Nawalnego tak naprawdę nie zaszkodziła a pomogła Putinowi. Nawet jeśli odrobinę zmniejszyła frekwencję, to jednocześnie zwiększyła odsetek głosów oddanych na prezydenta. Bo to jego przeciwnicy nie poszli do urn.

Zrealizowano też cel, jakim miało być pokazanie wrogiemu Zachodowi, że Rosjanie masowo popierają swego przywódcę i jego politykę, więc należy się z nim poważnie liczyć i rozmawiać. Odmowa rokowań z Kremlem, jego bojkot i wszelkie wrogie kroki są w tej narracji tak naprawdę działaniem nie przeciwko Putinowi, ale przeciwko całemu narodowi rosyjskiemu. Przed aneksją Krymu Putin był popularny, ale trudno go było nazwać przywódcą narodu. W sondażu z października 2013 tylko 15 proc. Rosjan mówiło, że są dumni z prezydenta, tylko 25 proc. mu ufało. W lipcu 2014 r. dumnych z Putina było już 37 proc. Rosjan, a 46 proc. mu ufało. Krymski efekt wyczerpuje się jednak, co widać po coraz gorszych ocenach pracy Dymu, premiera czy rządu. Tych negatywnych jest już nawet więcej, niż pozytywnych. Paradoksalnie umacnia to prezydenta (który zachowuje tez niezmiennie wysokie poparcie) i sprzyja procesowi personifikacji systemu rządów w Rosji. Głosy oddane 18 marca na Putina były głosami za tym, „żeby nie było gorzej”. To nie aktywne poparcie, ale apatia i bezczynność. Brak oczekiwań w zamian za chleb i igrzyska, czyli z jednej strony gwarancję, że nie będzie problemów z wypłatą socjalu, a z drugiej satysfakcja z wojennej potęgi kraju. Putin dostał mandat, by nic nie zmieniać, a jeśli już, to jak najmniej.

Legitymację Putina i sukces wyborczy jego sztabu osłabia jednak sytuacja wśród konkurentów. Sześć lat temu Michaił Prochorow faktycznie prowadził szeroko zakrojoną kampanię, Ksenia Sobczak teraz wypadła na tym tle bardzo blado. Nie wypalił projekt polityczny Ksenia Sobczak. Prawdopodobnie Kreml chciał jej start uczynić początkiem działania nowej, kontrolowanej, wchodzącej w skład systemowej opozycji, partii liberalnej – by w ten sposób przejąć kontrolę nad jak największą częścią liberalnego elektoratu. I choć na kilka dni przed wyborami Sobczak z Dmitrijem Gudkowem ogłosili powstanie nowego ugrupowania – ten wybieg kremlowskich politycznych technologów nie zadziałał. Sobczak dostał zaledwie 1,67%. Stanowczo za mało, by uznać to za rokujący nadzieję początek nowej partii. W 2012 roku komuniści byli bardzo krytyczni wobec Putina i aktywni na ulicach. Teraz Paweł Grudinin, choć miał dać nowe otwarcie partii komunistycznej i wyjść poza tradycyjny betonowy elektorat, w pewnym momencie kampanii, gdy jego notowania wyglądały słabo, wrócił do tradycyjnej retoryki swego poprzednika Giennadija Ziuganowa. Ten brak konkurencji, która mogłaby podgrzać temperaturę kampanii i zachęcić ludzi do udziału, tylko częściowo tłumaczy fakt, że mimo ogromnych wysiłków administracji wszystkich szczebli – od Kremla po gubernatorów, merów i lokalne komisje wyborcze – frekwencję w porównaniu z poprzednimi wyborami udało się podnieść o zaledwie 3 proc. i wciąż rekordową jest ta z wyboru Miedwiediewa (2008).

Wszystkie teksty (bez zdjęć) publikowane przez Fundację Warsaw Institute mogą być rozpowszechniane pod warunkiem podania ich źródła.

Powiązane wpisy
Top