RUSSIA MONITOR

Data: 26 stycznia 2018

Dlaczego Moskwa porzuciła Kurdów. 5 powodów

Turecka operacja wojskowa przeciwko kurdyjskiej enklawie Afrin nie ruszyłaby bez zgody Rosji. Moskwa dokonała w tej kwestii zimnej kalkulacji zysków i strat. Wyszło, że opłaca się narazić dobrą dotychczas współpracę z Kurdami w zamian za konkretne zyski nie tylko w Syrii, ale też w relacjach z Turcją i Zachodem.

source: wikipedia.org

Enklawa Afrin leży w północnej części prowincji Aleppo, w północnej Syrii, ma 40 km długości (wschód-zachód) i ok. 30 km szerokości (północ-południe). Od 2012 roku, kiedy wycofały się stąd siły rządowe, a kontrolę przejęły kurdyjskie oddziały YPG, Afrin była oazą stabilności. Jednym z jej gwarantów stała się Rosja, która przysłała tu nawet kilkuset żołnierzy. Jeśli dodać do tego bardzo dobre relacje Moskwy z politycznym skrzydłem YPG, czyli PYD, nie można się dziwić, że Kurdowie w Afrin czuli się bezpiecznie, mimo cyklicznych gróźb ze strony Turcji. Jednak Rosjanie zmienili kurs i dali Ankarze „zielone światło” do ataku. 18 stycznia w Moskwie szef sztabu tureckiej armii i szef wywiadu wojskowego MIT uzgodnili z rosyjskim ministrem obrony i generałami szczegóły operacji. W efekcie 20 stycznia rozpoczęła się operacja „Gałązka Oliwna” – tureckie lotnictwo, nie niepokojone przez panujących tutaj w powietrzu Rosjan, zaatakowało cele w Afrin. Dlaczego Moskwa naraziła dobre relacje z Kurdami i zawarła porozumienie (co publicznie potwierdził prezydent Erdogan) z ich śmiertelnym wrogiem?

Po pierwsze, chodzi o wzmocnienie reżimu Asada, którego funkcjonowanie jest gwarancją zachowania rosyjskich wpływów w Syrii. Według Kurdów, Moskwa wydała ich Turcji, bo nie dostała tego, czego od nich żądała. A chciała, żeby YPG oddały Afrin reżimowi Asada. Do spotkania w? YPG z przedstawicielami reżimu syryjskiego doszło w rosyjskiej bazie Chmejmim jeszcze 20 stycznia, tuż przed tureckim atakiem. To, czego Rosja nie mogła uzyskać od Kurdów, dostanie zapewne od Turków. Celem Ankary nie jest bowiem trwała okupacja Afrin, a jedynie zniszczenie tutaj kurdyjskiej autonomii. Potem oddadzą panowanie nad enklawą Asadowi. Po drugie, zgoda na turecki atak na Afrin jest częścią wiązanej umowy. W zamian Ankara dała „zielone światło” do działania siłom reżimu, wspieranym przez Rosjan, w sąsiedniej prowincji Idlib. Dotychczas był to bastion antyasadowskich rebeliantów wspieranych przez Turcję. Znaczące jest zajęcie przez oddziały reżimowe ważnej bazy Al-Duhur niemal bez oporu rebelianckiego, akurat w dniu rozpoczęcia natarcia tureckiego na Afrin. Dużo wskazuje na to, że Turcja nie tylko nakazała rebeliantom odwrót, ale nawet część z nich przerzuciła na front walki z Kurdami. Po trzecie, Moskwa uzyskała tureckie ustępstwa poza syryjskim teatrem działań. Tuż po rozpoczęciu operacji Gałązka Oliwna okazało się, że jest zgoda Ankary na położenie drugiej nitki budowanego przez Gazprom gazociągu Turkish Stream. To oznacza, że dnem Morza Czarnego popłynie do Turcji, a potem dalej, do Europy, dużo więcej „błękitnego paliwa”. W ten sposób Rosja ominie Ukrainę w transporcie gazu do UE. Nie można też zapominać o finalizacji kontraktu na dostawę rakietowego systemu przeciwlotniczej obrony S-400. Pozyskanie tego rosyjskiego uzbrojenia przez Turcję nie sprzyja integralności obronnej NATO, którego członkiem jest Turcja. Zresztą osłabienie NATO poprzez eskalację konfliktu turecko-amerykańskiego o syryjskich Kurdów to czwarty powód rosyjskiej decyzji o wpuszczeniu Turków do Afrin. Ankara od dawna zarzuca Amerykanom, że wspierają kurdyjskich „terrorystów” w Syrii, choć USA szkolą i zbroją YPG tylko dla celów walki z tzw. Państwem Islamskim (co zresztą przyniosło dobry rezultat, choćby w postaci upadku Rakki). Niemal wszystkie oświadczenia rosyjskie po rozpoczęciu tureckiej operacji oskarżają USA o sprowokowanie Ankary do działania. Ostateczną „prowokacją”, która doprowadziła do ofensywy, miało być, według Moskwy, szkolenie przez Amerykanów zbrojnej formacji – złożonej głównie z Kurdów – mającej zabezpieczać granice północno-wschodniej Syrii. Moskwa wyraźnie chce winą za walki o Afrin obciążyć w oczach Kurdów właśnie ich amerykańskiego sojusznika. I to jest piąty powód decyzji Moskwy: chęć skłócenia Kurdów z USA. Jeśli to by się udało, byłby to koniec obecności Amerykanów w Syrii. A to jest główny strategiczny cel Rosji od początku jej interwencji w Syrii.

Przy tym wszystkim Rosjanie zachowują sobie pewną swobodę manewru. Jeśli Turcja szybko zajmie Afrin, będzie to efektowne zwycięstwo turecko-rosyjskie i klęska USA. Ale im dłużej ta operacja będzie trwać, tym większe będą polityczne koszty dla Ankary, a Rosja w pewnym momencie może znów zmienić stanowisko. Mając wciąż żołnierzy w strefie deeskalacji w Tell Rifaat (dokąd zostali wycofani z rejonu zaatakowanego przez Turków), Moskwa zachowuje narzędzie, żeby w odpowiednim momencie przyjąć rolę rozjemcy (peacemakera) w konflikcie o Afrin.

Wszystkie teksty (bez zdjęć) publikowane przez Fundację Warsaw Institute mogą być rozpowszechniane pod warunkiem podania ich źródła.

Powiązane wpisy
Top