THE WARSAW INSTITUTE REVIEW

Data: 14 maja 2017    Autor: Jan Gajewski

Bliskowschodnia szachownica Putina

Strategicznym celem polityki zagranicznej Władimira Putina jest przywrócenie Rosji statusu globalnego supermocarstwa. Zdaniem kremlowskich strategów nie da się tego osiągnąć bez odgrywania jednej z najważniejszych ról na Bliskim Wschodzie – najbardziej zapalnym regionie świata.


© Alexey Druzhinyn (PAP/EPA)

Okno możliwości (window of opportunity) dla mocnego wejścia Rosjan otworzyło się za rządów Baracka Obamy, które generalnie można uznać za powolny odwrót Stanów Zjednoczonych z Bliskiego Wschodu. Powstającą w ten sposób geopolityczną próżnię zaczęła wypełniać Rosja. Kluczowa okazała się Syria. Wykorzystując konflikty między regionalnymi graczami i oferując im się jako mediator, Moskwa już uzyskała pozycję, jakiej nie miała tu od czasów zimnej wojny. Plany Kremla pokrzyżować może jednak zmiana administracji w USA. Zwycięstwo Trumpa ograniczyło pole manewru Rosji na Bliskim Wschodzie. Ameryka zaczęła wracać do regionu i wypełniać pustkę, którą pozostawił tutaj po sobie Obama, a której nie zdążyła wypełnić Rosja. Chcąc przynajmniej zachować dotąd zdobyte pozycje, Putin musi szukać jakiegoś porozumienia z Trumpem na Bliskim Wschodzie, bo to ten obszar świata, gdzie Moskwa ma coś realnie do zaoferowania Waszyngtonowi, a z drugiej strony zbliżeniu sprzyja fakt, że pokonanie Państwa Islamskiego i zniszczenie islamskich terrorystycznych organizacji jest jednym z głównych priorytetów USA.

Bliski Wschód w czasach zimnej wojny był jednym z najgorętszych frontów rywalizacji Związku Sowieckiego ze Stanami Zjednoczonymi. Przez wiele dekad było wiadomo, kto jest po czyjej stronie (choć bywały i nagłe zwroty, jak w przypadku Egiptu). Upadek ZSRR oznaczał też niemal całkowity odwrót Moskwy z regionu – symbolicznym zakończeniem zimnej wojny na Bliskim Wschodzie był pogrom Saddama Husajna w 1991 roku. Nastała era amerykańskiej dominacji. Jeszcze nie tak dawno to Stany Zjednoczone były graczem numer jeden w regionie. Od wpływów dyplomatycznych i wojskowych po handlowe (choćby sprzedaż uzbrojenia). Zmiany zapoczątkowała Arabska Wiosna, która nie przyniosła demokracji, lecz niestabilność i ekstremizm. W skrajnych przypadkach (Syria, Libia) wojnę domową. Sprowadzający do wspólnego mianownika „kolorowe rewolucje” w republikach postsowieckich i rewolucje w krajach arabskich Władimir Putin trafił do przekonania wielu lokalnym liderom. Od początku krytykował Arabską Wiosnę i wspierał dotychczasowe reżimy. Tylko w Libii Moskwa popełniła ogromny błąd, z którego w Syrii wyciągnęła wnioski. To właśnie interwencja w Syrii była momentem przełomowym. Na tle niezdecydowanego Obamy Putin wykazał zdecydowanie i lojalność wobec sojusznika (Baszara el-Asada) – coś, czego ostatnio miejscowe reżimy nie mogły dostrzec po stronie amerykańskiej. W efekcie dziś nawet proamerykańskie monarchie Zatoki Perskiej biorą pod uwagę rosyjskie interesy i cele.

Rosja silna słabością USA

Tak naprawdę Rosja znów zaistniała jako liczący się podmiot na Bliskim Wschodzie w momencie, gdy Zachód postanowił skorzystać z jej usług w rokowaniach z trudnym partnerem, jakim był Iran. Potem Rosja zaczęła też umacniać swoją pozycję w palestyńsko-izraelskim procesie pokojowym. Na pewno pomogły w tym stare koneksje. Obecny przywódca Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas w latach 70. XX w. zrobił doktorat w Moskwie, gdzie miał być zwerbowany przez KGB ­– jeśli wierzyć zasobom tzw. archiwum Mitrochina. Ważne jest też doświadczenie rosyjskiej dyplomacji bliskowschodniej sięgające czasów sowieckich. Jedną z kluczowych ról odgrywa Michaił Bogdanow, od 2012 r. specjalny przedstawiciel Putina na Bliskim Wschodzie. Ten były ambasador w Syrii, Egipcie i Izraelu ma doskonałe kontakty w stolicach wielu krajów regionu.

Ekspansja Rosji na Bliskim Wschodzie zdecydowanie przyspieszyła po militarnym wejściu Moskwy do konfliktu syryjskiego (wrzesień 2015). Zachód w dużym stopniu zlekceważył tę operację – na ogół uważano, że będzie krótkotrwała, bez większego znaczenia dla losów wojny, a być może skończy się nawet dla Moskwy „drugim Afganistanem”. Stało się inaczej. Rosjanie pokazali całemu światu, że sojusznicy mogą na nich liczyć w trudnych sytuacjach. Inaczej, niż w przypadku rządząnej przez Baracka Obamę Ameryki. Przez dwa ostatnie lata Putin przyjął przywódców z Bliskiego Wschodu ponad 30 razy. Kilkakrotnie więcej, niż w tym samym czasie Obama. Wzrost wpływów rosyjskich był wprost proporcjonalny do utraty zaufania państw regionu do USA. Nawet Turcja, członek NATO i jeden z głównych orędowników usunięcia Asada, w końcu stanęła u boku Rosji. I to po ostrym kryzysie związanym z zestrzeleniem przez Turków rosyjskiego samolotu. Pragmatyczny Recep Tayyip Erdogan w pewnym momencie postawił na silniejszego. Na podobnej zasadzie doszło do zbliżenia Egiptu do Rosji. Rosja wykorzystała odwrót USA. Obama postanowił zwijać wpływy amerykańskie w regionie pod hasłem zakończenia niepopularnych interwencji wojskowych na Bliskim Wschodzie. Ale wylał dziecko z kąpielą. Odwrót US Army z Afganistanu czy Iraku wcale nie ustabilizował tych krajów, a cały region uznał to za słabość.

Podczas gdy Amerykanie ograniczali swoją militarną obecność w regionie, Rosja ją zaczęła rozbudowywać. Nie tylko przywróciła stałą obecność swojej floty wojennej na Morzu Śródziemnym, ale też zapewniła sobie prawa do korzystania z portów cypryjskich (luty 2015), zorganizowała wspólne z Egiptem manewry morskie i wysłała swoje okręty do Aleksandrii pierwszy raz od 1992 roku. Wznowiła też sprzedaż broni Algierii i uzyskała dostęp do portów również tego państwa. Pojawienie się okrętów pod banderą św. Andrzeja w Tartusie, Aleksandrii, Limassol i Algierze oznacza potencjalne zagrożenie dla południowej flanki NATO – pierwszy raz od zakończenia zimnej wojny. Do tego Rosja utworzyła strefę AD/A2 (anti-denial/anti-access) nad dużą częścią Syrii i wschodniej części Morza Śródzimnego. Systemy S-300 z Rosji powędrowały do Iranu, Algierii, Egiptu. Wszystko to stwarza ryzyko dla amerykańskich i natowskich operacji powietrznych na Morzu Czarnym, wschodniej części Morza Śródziemnego oraz niemal całej Zatoki Perskiej.


© Alexander Ziemlianichenko/POOL Dostawca: (PAP/EPA)

Przez długi czas Zachód błędnie interpretował coraz większą obecność rosyjską na Bliskim Wschodzie, widząc w Putinie sojusznika w wojnie z islamskim terroryzmem. Tymczasem to wcale nie jest głównym celem prezydenta Rosji. Moskwa dąży nie do pokonania Państwa Islamskiego i Al-Kaidy, ale do napisania od nowa reguł geopolitycznych rządzących regionem. Ma tę przewagę nad Amerykanami, że w swej polityce bliskowschodniej nie kieruje się sentymentami i ideologią (USA zawsze podkreślały, że ich celem jest demokratyzacja regionu). Obecni dyplomaci rosyjscy, często zaczynający kariery jeszcze w sowieckim MSZ, kierują się skrajnym pragmatyzmem – stąd nie widzą problemu w dogadywaniu się z krwawymi dyktatorami, jak Asad, terrorystycznymi organizacjami, jak Hamas, czy wrogimi sobie Izraelem i Palestyną, oraz Iranem i Arabią Saudyjską. Nieważne jest też kryterium religijne: równie dobrze można dogadywać się z szyickimi rewolucjonistami, jak i sunnickimi monarchami.

Podkreślić jednak należy, że dotychczasowe sukcesy nie opierają się na realnej sile Rosji, ale na słabości rywali, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Moskwa wchodzi w przestrzeń opuszczoną przez Amerykanów. I robi to mocno na wyrost – trwałość obecności i aktywności rosyjskiej w regionie jest sprawą dyskusyjną. W strategii Kremla kryje się bowiem słabości. Problemem rosyjskiej dyplomacji w regionie jest choćby brak materialnych zasobów dla jej wspierania. Moskwa nie może sobie pozwolić, jak choćby Rijad, na dotowanie swych sprzymierzeńców miliardami dolarów. Nawet w Syrii Rosjanie nie dostarczają Asadowi pomocy na odbudowę powojennych obszarów. Także możliwości militarne są mocno ograniczone. Zorganizowanie ekspedycji do Syrii odbyło się na granicy wydolności zaplecza logistycznego (ograniczenia transportowe), technologicznego i czysto ludzkiego. Jeśli chodzi o dyplomację, rosyjskie koneksje nie zawsze interesują potencjalnego rozmówcę. Najlepszym przykładem jest premier Izraela Benjamin Netenyahu, odrzucający propozycje mediacyjne Moskwy, która powołuje się na świetne kontakty z Palestyńczykami. Na wielu odcinkach istnieją przeszkody nie do pokonania, bo próbując grać na wszystkich fortepianach Rosja traci skuteczność, a za tym w końcu pójdzie utrata wiarygodności i spadek wartości partnera rosyjskiego w oczach regionalnych graczy. Rosja usiłuje odbudować partnerstwo z Turcją, ale kurdyjski problem pozostaje. Z kolei problem Iranu blokuje zbliżenie z Izraelem. Tego typu sprzeczności i ograniczenia powodują, że Moskwa wciąż pozostaje wątpliwym i nie tak atrakcyjnym, jakby oczekiwała, partnerem dla poważnych graczy regionu.

W trójkącie z Damaszkiem i Teheranem

30 września 2015 roku Putin wydał eskadrze rosyjskich myśliwców rozkaz przemieszczenia się do bazy Hmejmim w pobliżu Latakii w Syrii, w bastionie zwolenników Asada. Po raz pierwszy od czasów wojny w Afganistanie rosyjskie wojsko wyruszyło oficjalnie do boju poza granice Związku Sowieckiego. Bombardowania, ataki rakietowe, udział sił specjalnych – dzięki Rosjanom szala wojny przechyliła się na stronę reżimu. Interwencja miała też ogromne znaczenie polityczne. Nagle rosyjskie samoloty pojawiły się w tej samej przestrzeni powietrznej, co Amerykanie i ich sojusznicy walczący z Państwem Islamskim. Putin mógł powiedzieć, że włączył się aktywnie do wojny z islamskim terroryzmem. Ale to były tylko pozory. Do końca 2016 r., według danych Moskwy, rosyjskie samoloty w Syrii wykonały 30 000 misji i uderzyły w 62 000 celów. Tyle że ta powietrzna kampania Rosji nie miała żadnego wpływu na wojnę z IS. Po prostu Rosjanie niemal wcale nie atakowali dżihadystów. Skupili się na walczących z Asadem rebeliantach.

Militarny i polityczny udział w wojnie syryjskiej pozostaje najważniejszym ogniwem rosyjskiej polityki na Bliskim Wschodzie. Obecność wojskowa w Syrii ma różnoraki charakter, od baz wojskowych i czynnego udziału lotnictwa po systemy obrony powietrznej i zbrojne oddziały na lądzie („boots on the ground”), takie jak czeczeńskie bataliony policji wojskowej, saperzy i komandosi (o najemnikach szkolonych przez armię i służby rosyjskie nie wspominając). W zamian Moskwa zagwarantowała sobie trwałą militarną obecność w Syrii, w styczniu tego roku podpisując z Damaszkiem dwie nowe umowy. Pierwsza oznacza rozbudowę bazy morskiej w Tartus, druga to aneks do porozumienia z sierpnia 2015 r. o bazie w Hmejmim. Obie umowy zawarto na 49 lat (z opcją przedłużenia), a zapewniły one Rosjanom eksterytorialność baz i brak ograniczeń jeśli chodzi o wielkość stacjonujących sił.

Osiągnąwszy ten cel i wzmocniwszy Asada na tyle, by nie przegrał wojny, Moskwa próbuje wypracować polityczne rozwiązania, które doprowadzą do zamrożenia konfliktu przy zachowaniu jej dominującej pozycji. Wraz z Iranem i Turcją Rosja chce doprowadzić do jakiegoś porozumienia lub choćby trwałego rozejmu między Damaszkiem a rebelią – podstawą pod takowe ma być idea wspólnej walki z Państwem Islamskim. Jednak zaskakująca twarda i szybka reakcja Trumpa na użycie broni chemicznej w Syrii, czyli atak rakietowy na bazę Szajrat, uświadomiła Kremlowi, że bez jakiegoś porozumienia z Ameryką nie będzie możliwe zamrożenie konfliktu. Takie porozumienie będzie jednak trudne ze względu na partykularne interesy dwóch państw zaangażowanych w sprawę. Dla Turcji najważniejszy jest problem kurdyjski i wspieranie przez USA oddziałów kurdyjskiej milicji YPG. Wątpliwe, by Ankara godziła się na zamrożenie obecnego stanu rzeczy na północy Syrii. Drugą, dużo większą przeszkodą, dla ustalenia planu pokojowego możliwego do akceptacji przez USA, jest Iran, sojusznik Moskwy i Damaszku. Z racji na wrogość administracji Trumpa do Teheranu ciężko będzie Putinowi pogodzić sojusz z ajatollahami i Hezbollahem z próbą dogadania się z Amerykanami (nie wspominając o tym, jaki wpływ czynnik irański ma na relacje Rosji z Izraelem i Arabią Saudyjską).

Celem strategicznym Iranu w Syrii jest obrona Asada, a gdyby to okazało się zbyt kosztowne, stworzonego przez Asadów systemu, z jego aparatem politycznym, wojskowym, bezpieczeństwa. To bowiem jest jedyną gwarancją, że Syria pozostanie bezpiecznym korytarzem do transferu broni i pieniędzy dla Hezbollahu w Libanie. Obecność Iranu w Syrii daje lepsze pozycje w ewentualnej konfrontacji z Izraelem. Dla Teheranu Syria to klucz do rozbudowy wpływów na całym Bliskim Wschodzie, jedno z najważniejszych pól rywalizacji z Arabią Saudyjską. Damaszek ma być częścią tzw. Osi Oporu łączącej Teheran z Bagdadem, Damaszkiem i Bejrutem. Ale Moskwie nie do końca odpowiada taki blok opierający się o szyitów i alawitów. Przy swej wielkiej społeczności muzułmańskiej (głównie sunnickiej) i ambicjach bycia mocarstwem na Bliskim Wschodzie, Rosja nie może antagonizować sunnitów. Chodzi też o dobre relacje z monarchiami Zatoki i Rijadem. Rosjan i Irańczyków różni też Izrael. Stosunki Moskwy z Państwem Żydowskim są w jednym z najlepszych okresów w historii. Rosjanie nie dość, że w Syrii nie robią niczego, co by uderzało w interesy izraelskie, to jeszcze ograniczają Hezbollah i Iran. Irańczycy mają prawo obawiać się, że Putin porzuci Asada, jeśli uda się mu się zawrzeć jakiś układ i postawić na czele władz w Damaszku osobę akceptowalną przez Arabię Saudyjską i Izrael. Z drugiej strony, także Rosja zdaje sobie sprawę, że gdyby Iran musiał ostatecznie dokonać wyboru, wybrałby Zachód. Nie tylko z powodu historycznej nieufności do Moskwy, ale też faktu, że Rosja nie może dostarczyć, w przeciwieństwie do Zachodu, ani nowoczesnych technologii, ani kapitału – koniecznych do modernizacji gospodarki irańskiej.


© Alexander Ziemlianichenko/POOL PAP/EPA

Oferty dla wszystkich

Obecnie, oprócz konfliktu syryjskiego, największą aktywność rosyjską widać jeszcze na czterech odcinkach:

  • Angażowanie Turcji do współpracy w Syrii
  • Próby mediacji między Arabią Saudyjską a Iranem
  • Oferta pośrednictwa między Izraelem a Palestyńczykami
  • Budowa wojskowych wpływów w Egipcie i Libii

Dużym sukcesem Rosji było przeciągnięcie na swoją stronę Turcji, drugiego obok Iranu kluczowego zewnętrznego gracza na syryjskim lądzie. Wejście Moskwy do konfliktu Ankara przyjęła wrogo – oba kraje różniło przede wszystkim stanowisko ws. Asada. Do tego dodać należy fakt, że Turcja jest członkiem NATO. Nic dziwnego, że już w listopadzie 2015 r., po tym, jak rosyjski bombowiec wleciał na kilkanaście sekund w przestrzeń powietrzną Turcji, został zestrzelony. Doszło do załamania relacji obu państw i wojny handlowej. Z tego kryzysu to Rosja wyszła zwycięsko. Po pół roku doszło do zakopania wojennego toporu z Erdoganem. Ten miał za sobą akurat udaremniony pucz wojskowy. Masowe represje i żądania wydania Fetullaha Gulena pogorszyły relacje z Zachodem. To sprzyjało dogadaniu się z Kremlem. W sierpniu, przed spotkaniem z Putinem, Erdogan oświadczył: „Bez Rosji znalezienie rozwiązania problemów w Syrii nie jest możliwe”. Duży wpływ na zbliżenie Turcji do Rosji miały coraz gorsze stosunki Ankary z administracją Obamy. Amerykanie nie chcieli zrezygnować z popierania Kurdów w Syrii i odmówili wydania Gulena. Po wyborach w USA Ankara liczyła na zmiany w polityce syryjskiej Waszyngtonu – zakładając, że Trump dogada się z Putinem. Turcja najpierw więc stanęła po stronie Rosji i Iranu, gdy po upadku Aleppo wyglądało na to, że losy wojny syryjskiej ostatecznie przechyliły się na stronę sojuszników Asada. Potem, po zaskakującym ataku Amerykanów na bazę reżimu, zmieniła stanowisko i wróciła na stronę USA. Ale kiedy po wizycie Tillersona w Moskwie i upływie kolejnych dni okazało się, że to był incydentalny militarny ruch Amerykanów i nie oznacza radykalnej zmiany w amerykańskiej strategii w Syrii, Turcy znów wrócili do Rosji i Iranu. Na początku maja Erdogan poleciał do Soczi, by podczas spotkania z Putinem poprzeć nowy plan rosyjski dla Syrii: wprowadzenia tzw. stref bezpieczeństwa. Ale wszystkie te wolty oznaczają, że Kreml nie może być pewny tureckiego partnera.

Dla Rosji normalizacja stosunków między Iranem a Arabią Saudyjską ma ogromne znaczenie. To gwarancja stabilizacji sytuacji w Syrii i paru innych krajach regionu. Wpływ Saudów na część syryjskiej opozycji jest równie duża, jak Iranu na Hezbollah. Rijad miał momenty wyraźnego ocieplenia stosunku do Rosji, ale bliskie relacje Moskwy z Teheranem były zawsze czynnikiem hamującym. Różnice zdań wciąż też pozostają odnośnie politycznej przyszłości syryjskiego dyktatora. W połowie kwietnia w Arabii Saudyjskiej gościła delegacja Rady Federacji, wyższej izby rosyjskiego parlamentu. Rosjan przyjął sam król Salman bin Abdulaziz al-Saud. Monarcha potwierdził, że stanowisko Rijadu jest niezmienne: Asad musi odejść. Po przejęciu władzy przez Trumpa Saudom znów zdecydowanie bliżej do USA, przede wszystkim z racji stosunku nowej administracji do ajatollahów, który odpowiada całkowicie interesom saudyjskim. Rosja znalazła się tu w niełatwej sytuacji. Próbuje zachować równowagę w relacjach ze wszystkimi partnerami w regionie: Iranem, Arabią Saudyjską i Turcją, która przecież też ma niełatwe stosunki z Teheranem.

Putinowi udało się poprawić relacje nawet z Izraelem, tradycyjnym głównym sojusznikiem USA na Bliskim Wschodzie. Jak najlepsza współpraca Moskwy z Izraelem jest dla Rosjan ważna także z innego powodu: z racji stabilnych stosunków Państwa Żydowskiego z Turcją, Egiptem i Jordanią. Netanyahu odwiedził Putina w Moskwie cztery razy od września 2015 r., częściej, niż Obamę. Moskwa próbuje zastąpić Kwartet Bliskowschodni (ONZ, UE, Rosja, USA) nowym formatem rokowań, tak jak w przypadku Syrii znalazła alternatywę dla rokowań w Genewie: organizując rozmowy w Astanie. W grudniu 2016 Rosjanie wyszli z inicjatywą zorganizowania konferencji pokojowej w Moskwie, choć było jasne, że ze względu na obiekcje Netanyahu, jest to mało realne. W połowie stycznia Rosja wystąpiła w charakterze organizatora spotkania i pośrednika pomiędzy głównymi palestyńskimi siłami politycznymi. Wtedy jeszcze Palestyńczycy nie kryli, że są przekonani o bliskiej współpracy Rosji z Trumpem na Bliskim Wschodzie i że to pomoże ich sprawie. Kwietniowe wydarzenia w Syrii pokazały, że to płonne nadzieje. Izrael poparł amerykański atak na Szajrat, co spotkało się z kolei z krytyką Moskwy. Wydaje się, że na tym odcinku Putin niewiele może zdziałać. Nie chodzi tylko o nieufność Netanyahu do oferty mediacji z Palestyńczykami. Izrael niepokoi najbardziej współpraca Rosji z dwoma tradycyjnymi największymi wrogami Państwa Żydowskiego: Iranem i Hezbollahem. Choć Moskwa nie sprzeciwia się powietrznym atakom Izraela na pozycje Hezbollahu w Syrii, to nie porzuci irańskiego sojusznika. A na obecność Iranu w procesie pokojowym w Syrii nigdy nie zgodzi się Jerozolima. W tym kontekście złą wiadomością dla Moskwy była nominacja na szefa Pentagonu Jamesa Mattisa. Wszak to on pięć lat temu, jeszcze jako dowódca sił amerykańskich na Bliskim Wschodzie, stwierdził, że dla USA w regionie są trzy najbardziej palące problemy: „Numer jeden Iran, numer dwa Iran. Numer trzy Iran”. W lutym br. Mattis oświadczył, że Iran jest „największym państwowym sponsorem terroryzmu na świecie”, zaś w kwietniu wychwalał sojusz z Rijadem i zapowiadał budowę izraelsko-sunnickiej koalicji przeciwko blokowi tzw. szyickiego półksiężyca.


© Maxim Shipennkov/POOL (PAP/EPA)

Obecnie wydaje się, że najlepsze perspektywy są przed rosyjską dyplomacją i generalicją w Egipcie i sąsiedniej Libii. Kair od momentu wybicia się na pełną niepodległość na ogół trzymał się linii proamerykańskiej, choć był za czasów Nasera krótki okres współpracy z Sowietami. Ale już za Mubaraka Egipcjanie otrzymywali co roku ogromną pomoc militarną i ekonomiczną z USA. Po Arabskiej Wiośnie, upadku reżimu, potem rządach Bractwa Muzułmańskiego, wreszcie kolejnym puczu i objęciu rządów przez wojskowych, Kair dostrzegł w Moskwie alternatywę dla USA. Tym bardziej, że Obama zaczął drastycznie ograniczać pomoc. Od 2012 roku Rosja sprzedała Egiptowi broń za ponad 4 mld dolarów, a rząd egipski, który sprzeciwiał się interwencji USA w Syrii latem 2013 roku, dwa lata później poparł interwencję Rosji. Czynnikiem, który zbliża Sisiego do Putina jest też stanowisko Moskwy wobec konfliktu libijskiego. Rosjanie nawiązali bliskie stosunki z gen. Khalifą Haftarem, niemalże udzielnym władcą wschodniej części kraju, zaprzysięgłym wrogiem islamistów. Egipt oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie mocno wspierają libijskiego generała. Moskwa zaś stawia na Haftara, żeby w razie jego zwycięstwa mieć dostęp do bogactw naturalnych Libii, móc sprzedawać tam broń i – ewentualnie – umieścić w tym kraju jakieś instalacje wojskowe. Według pewnych włoskich źródeł, Haftar zawarł już nawet z Moskwą umowę pozwalającą Rosji zainstalować dwie bazy wojskowe niedaleko Tobruku i Benghazi. Pojawiają się też nieoficjalne informacje, że Rosjanie chcą wydzierżawić od Egiptu byłą sowiecką bazę w Sidi Barrani. Sowieci mieli tu do 1972 roku niewielką morską instalację wojskową służącą do monitorowania ruchów US Navy we wschodniej części Morza Śródziemnego. Z tej lokalizacji Rosjanie mogliby zagrozić Kanałowi Sueskiemu. Z kolei działając z Tartusu mogą być zagrożeniem dla cieśnin tureckich. Takich możliwości sparaliżowania ruchu we wschodniej części Morza Śródziemnego Moskwa nie miała nawet za czasów sowieckich.

Wszystkie teksty (bez zdjęć) publikowane przez Fundację Warsaw Institute mogą być rozpowszechniane pod warunkiem podania ich źródła.